sobota, 31 stycznia 2009

Pierwsza lektura po przyjeżdzie.

Zdjęcie produktu: Babie lato
Trzecia powieść Philippe`a Bessona przenosi nas na Cape Cod, do malowniczo położonego nad oceanem, ale niezbyt urodziwego miasteczka Chatham. W niedzielne wrześniowe popołudnie kawiarnia "U Phillies" świeci pustkami. Za kontuarem kelner sennie wyciera kieliszki, siedząca samotnie przy barze kobieta w czerwonej sukience sączy białe martini. Czeka. Wreszcie do kawiarni wchodzi mężczyzna, nie ten jednak, na którego czekała. Ale tego też zna, pięć lat temu znała go nawet bardzo dobrze. Kochała go. A on ją rzucił dla innej. Babie lato to opowieść o ich spotkaniu. Opowieść o przerzucaniu mostu ponad przepaścią żalu, zapomnienia, samotności, opowieść o wybaczaniu, odnajdywaniu drugiego człowieka, o odbudowywaniu wzajemnego zaufania. O miłości i dorosłości.

Bardzo polubiłam tego francuskiego pisarza. Do tej pory przeczytałam wcześniejsze jego powieści POD NIEOBECNOŚĆ MĘŻCZYZN, NIEPEWNE DNI oraz CHŁOPIEC Z WŁOCH.
Polecam i to bardzo.

JUŻ W DOMU.

A więc przybyliśmy do Polski. Po trudach podróży z dużymi bagażami już tutaj jesteśmy.
Wpadliśmy w wir spraw papierkowych. Ja w końcu odebrałam nowy Dowód Osobisty.
Radość z ponownego przybycia jest wielka. Cieszą nas nasze nowe książki, które tutaj cierpliwie czekały na nasze przybycie. Dzisiaj Ukochany zainstalował mi internet na moim laptopie.
Mam nadzieję, że nasze szczęśliwe gwiazdy świecą nad nami dostatecznie jasno.
Jutro idziemy się spotkać z Przyjaciółmi.
Synek mojej Przyjaciółki Michaś ma dzisiaj urodzinki.
DLA CIEBIE MICHAŁKU WIELE RADOŚCI, NO I ZDRÓWKA (SZCZEGÓLNIE TERAZ)
NIECH TWOJE DZIECIŃSTWO BĘDZIE BAJKOWE I CUDNE.
A jutro uściskamy Cię sami.
Dla malca mamy w prezencie oczywiście książkę o zwierzętach oraz prawdziwą męską koszulę.


Koszula ma piękny,turkusowy kolor,niestety tutaj tego nie widać.

środa, 28 stycznia 2009

koniec w Northallerton



Dzisiejszy wieczór był ostatnim wieczorem w Northallerton. Jutro o tej porze będziemy już w Polsce. Z radością powitamy, to wszystko co jest nam tak dobrze znane.
Niewątpliwie zaczyna się nowy etap w naszym życiu, w naszym byciu razem.
Wiele przed nami nowych wyzwań, mam nadzieję,że im podołamy i los będzie nam sprzyjał.
To dziwne uczucie, gdy jedno się kończy, a zaczyna się coś zupełnie innego.
Był to czas ciekawy, zadziwiła nas rzeczywistość niejednokrotnie, wyszliśmy bogatsi w doświadczenia, w sympatię nowych ludzi, których było nam tutaj dane poznać.
A jutro droga do domu...

PIĘKNO ZATRZYMANE.



Bardzo mi się podoba to zdjęcie przedstawiające Nabokowa grającego w szach ze swoją żoną.
Ciekawa jestem kto wygrał?

KORA I STECZKOWSKA

video

wywiad Roberta Sankowskiego z Korą, która powiedziała:

Próby są dla mnie ważniejsze nawet od koncertów. Nie można przecież stale grać tak samo, nie można grać wciąż tego samego, traktować występu jak jakieś status quo. Nad utworami trzeba nieustannie pracować. Aranż to nic danego raz na zawsze. Sztampa w muzyce wydaje mi się czymś wyjątkowo obrzydliwym.
(...)
Wciąż nie czuję się znudzona. Nie odwalam tandety. Bez względu na to, czy gramy koncert komercyjny, czy nie, daję z siebie wszystko. Nauczyłam takiego samego podejścia muzyków. Zdarza się, że czasem się dąsają, że gdzieś tam za widownią stoi na przykład karuzela. Powtarzam: "Nie patrz na tę karuzelę, patrz na tych ludzi, którzy tu przyszli, to jest twoja scena, to jest twoja publiczność". A ta publiczność wyje pod sceną, krzyczy, jak nas kocha, śpiewa mi "Sto lat". Przyjemne? Pewnie, że przyjemne. A co ma w tym być nieprzyjemnego? Nie wiem, kim są ci ludzie. Czy kupują moje płyty? Może nie kupują. No i co z tego? Już się nakupowali. Czego ja jeszcze więcej mogę potrzebować? Nie narzekam.
(...)
Rewolucji już nie zrobię. Nie będę kimś innym, niż jestem. Mogę tylko próbować pokazywać się z nieco innej strony. Robię parę bardzo awangardowych projektów z pogranicza muzyki poważnej. Ale nie zakładam, że będą miały jakiekolwiek przełożenie komercyjne. Robię je dla garstki ludzi.

Zresztą pewnie mało kto rozpozna, że to właśnie ja się w nich pojawiam. Ale jest to dla mnie jakieś urozmaicenie. Mam dużo czasu, czuję się wolna, nie muszę kalkulować, czy moja następna płyta będzie platynowa.

Kocham robić to, co lubię. Muszę pracować cały czas. A nuż wyjdzie z tego coś fajnego?

wtorek, 27 stycznia 2009

JAK OSWOIĆ SIĘ Z SZEFEM.

Wprowadzenie

Relacje ze zwierzchnikiem są niewątpliwie najważniejszym związkiem międzyludzkim, z jakim masz do czynienia w pracy. Powinny więc być nienaganne. Nie musicie być świetnymi kumplami po godzinach, ale w pracy trzeba żyć w zgodzie, ufać sobie i szanować w sobie wzajemnie fachowców i ludzi. Im lepiej będziecie się rozumieli, tym łatwiejsze, skuteczniejsze i bardziej zadowalające będzie wspólne działanie.

Dobry szef wkłada wiele pracy w utrzymywanie takich stosunków, ale ty też nie powinieneś siedzieć z założonymi rękami. Nie chodzi tylko o to, że relacje będą znacznie lepsze, jeśli obaj się o to postaracie. Przede wszystkim z samej sytuacji wynika, że to ty powinieneś zdobyć się na główny wysiłek. W końcu masz tylko jednego bezpośredniego zwierzchnika (lub co najwyżej dwóch) i możesz się na nim skupić, natomiast szef musi budować właściwe związki z wieloma członkami zespołu. Jeśli ty też jesteś menedżerem, łatwo zauważysz tę różnicę położenia wobec zwierzchnika i wobec podwładnych.

Dobry szef wkłada wiele pracy w utrzymywanie dobrych stosunków, ale ty też nie powinieneś siedzieć z założonymi rękoma.

Poza tym to ty masz więcej do stracenia, jeśli wasze stosunki źle się ułożą. Od szefa zależą takie sprawy, jak bodźce motywujące do pracy, wsparcie zawodowe, podwyżki, awanse, a nawet fakt, że masz pracę w tej firmie. Nie jesteś dla niego aż tak ważny, jak on dla ciebie. Rozsądnie więc będzie przyjąć, że to na tobie spoczywa odpowiedzialność za to, żebyście tworzyli zgodny zespół.

Radzić sobie z szefem - to tyle, co ułożyć sobie z nim bezpośrednie i dobre stosunki. Chodzi o to, by szef rozpromieniał się, kiedy wchodzisz do pokoju. Aby wiedział, że zawsze się z tobą dogada, że może ci ufać, polegać na tobie, może liczyć na zgodną współpracę. Jeśli ten opis już teraz pasuje do ciebie i twojego zwierzchnika, można ci tylko pogratulować. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że wprawdzie pod pewnymi względami współpraca układa się wam dobrze, ale wasze style pracy niekiedy kolidują ze sobą albo wasze odmienne cechy osobowości nieprzyjemnie się zderzają. Jeśli tak, musisz nauczyć się postępować z szefem, by usuwać wszystko, co jest zawadą w stworzeniu idealnych relacji.

Przede wszystkim musisz odkryć, co dzieje się w głowie szefa. Jeśli nie rozgryziesz jego motywacji, nie masz co marzyć o znalezieniu właściwych sposobów postępowania. Musisz zwłaszcza zrozumieć, jaki ciężar na nim spoczywa, a więc powinieneś zainteresować się osobą szefa, swojego szefa - tym co jego porusza i jakie związki łączą go z twoim bezpośrednim zwierzchnikiem.

Przede wszystkim musisz odkryć, co dzieje się w głowie twojego szefa. Jeśli nie rozgryziesz jego motywacji, nie masz co marzyć o znalezieniu właściwych sposobów postępowania.

Kiedy już potrafisz spojrzeć na sytuację oczami szefa, wróć na swoje miejsce. Czy zatargi z szefem wynikają z jego trudnego charakteru, czy może ty też nieświadomie się do nich przyczyniasz? Jeśli zidentyfikujesz własne wady, będziesz mógł coś z nimi począć.

Każdy szef jest inny, ale pewne umiejętności przydadzą się w kontaktach w każdym przypadku. Niektóre - takie jak asertywność i umiejętność słuchania - będą ci potrzebne stale, z innych - jak panowanie nad emocjami lub umiejętność poruszania gorących tematów bez doprowadzania do konfrontacji - będziesz korzystać tylko sporadycznie.

Rzecz jasna istnieją trudni zwierzchnicy. Problemy z nimi występują tylko od czasu do czasu, ale nie da się zaprzeczyć, że bywają szefowie o przykrych cechach charakteru, którzy lubią na przykład wyładowywać zły humor na podwładnych albo poniżać ich na oczach innych. Jeśli twój szef przejawia tego typu zachowania, musisz wiedzieć, jak można złagodzić ten problem.

Z książki tej dowiesz się wszystkiego, czego potrzebujesz, by twoje związki z szefem były długie i szczęśliwe. A kiedy dzięki temu osiągniesz awans i staniesz przed nowymi wyzwaniami, będziesz już umiał radzić sobie z kolejnym szefem. Z jego następcą także.

Ostatni krok będzie polegał na tym, żebyś nakłonił do lektury wszystkich podwładnych (jeśli ich masz). Nie po to, żeby zobaczyli, jakiego mają światłego szefa, lecz po to, by twój zespół był zgodny, przyjazny i łatwy do kierowania. Bo na taki zasługujesz.

Część I. Poznaj swego szefa

Jeśli pragniesz wzorowych stosunków ze zwierzchnikiem, musisz przede wszystkim dobrze go poznać. Musisz zrozumieć jego ukryte motywy i naciski, którym podlega. Musisz także dowiedzieć się tego samego o jego szefie. Dopiero gdy określisz problemy, z którymi masz się zmierzyć, przyjrzyj się bliżej waszym stosunkom. Będziesz mógł wtedy znaleźć klucz do swojego szefa i stworzyć z nim idealne relacje robocze.

Rozdział 1. Zrozum szefa

Dobre relacje z szefem są ważniejsze dla ciebie niż dla niego. Jeśli źle się wam układa, ty tracisz więcej niż on. Przede wszystkim masz tylko jednego bezpośredniego zwierzchnika (może dwóch), natomiast on ma zapewne innych podwładnych prócz ciebie. Ty zatem musisz się postarać, żeby wszystko między wami grało.

Pierwszym krokiem będzie dobre poznanie szefa. Nie mam tu na myśli kontaktów towarzyskich - chodzi o to, że musisz umieć spojrzeć na wasze kontakty z jego punktu widzenia. Musisz znać jego sposób działania i wiedzieć, co jest dla niego ważne w pracy. W tym celu odpowiedz na następujące pytania:

  • Czym konkretnie zajmuje się szef?
  • Jaki jest jego styl zarządzania?
  • Jakie są jego słabe i mocne strony?
  • Jak porozumiewa się z innymi?
  • Co motywuje twojego szefa?
  • Co go stresuje?
Odpowiedź na te pytania nie wymaga ciągnących się tygodniami badań - wystarczy chwila namysłu. Nawet jeśli jeden z was - ty albo szef - jest w firmie nowy, możesz zdobyć potrzebne ci informacje dzięki odrobinie obserwacji, ewentualnie zadając kolegom kilka przemyślanych pytań. Przyjrzyjmy się kolejno każdemu zagadnieniu, aby dokładnie ustalić, jakich wiadomości szukasz.

Czym konkretnie zajmuje się szef?

Masz obowiązek pomagać szefowi w realizacji jego celów. Te cele zapewne wykraczają poza twój horyzont zawodowy i tylko pewien ich wycinek dotyczy ciebie. Szef może być na przykład odpowiedzialny za sprzedaż na terenie całego kraju, a ty tylko w regionie południowo-zachodnim. Albo on kieruje całym wydziałem finansowym, a ty jedynie nadzorujesz zakupy.

Określ więc cele swojego szefa. Jego zadanie może na przykład polegać na poprawie publicznego wizerunku waszej organizacji albo na zapewnieniu płynnej i ekonomicznej ekspedycji towarów do waszych klientów. Niezależnie od tego, jakie funkcje pełni szef, należy założyć, że zajmuje się sprawami wyższej rangi i ma większy wpływ na całość firmy niż ty.

To ćwiczenie ma dwojaki cel, a ściślej mówiąc pomoże ci zrozumieć dwie rzeczy:

  • Na szefie spoczywa znacznie większa odpowiedzialność niż na tobie. Dzięki temu spojrzysz na wasze stosunki szerzej. Zauważysz, że musi on utrzymywać dobre kontakty z wszystkimi członkami zespołu i że ty zajmujesz w jego życiu zawodowym o wiele mniej miejsca niż on w twoim.
  • Jak duże masz możliwości podniesienia swojej wartości w oczach szefa. Wypełnianie zadań wynikających z twojego zakresu obowiązków jest zapewne dla ciebie najważniejsze, lecz najbardziej ceni się tych członków zespołu, którzy potrafią w razie potrzeby wesprzeć szefa. Nie musisz kopać dołków pod kolegami, żeby stać się dla zwierzchnika osobą ważną; dzięki znajomości celów i priorytetów całego wydziału, a nie tylko własnej działki, będziesz umiał wkraczać do akcji wtedy, gdy szef potrzebuje pomocy.

TAK SOBIE MYŚLĘ, ŻE POWINNAM ZAINWESTOWAĆ W TĘ KSIĄŻKĘ. JUŻ ZA DWA DNI BĘDĘ W POLSCE, CZEKA MNIE SZUKANIE NOWEJ PRACY, A PÓŹNIEJ OSWAJANIE Z NOWYM SZEFEM. BARDZO BYM CHCIAŁA, ABY BYŁY TO RELACJE ZDROWE.



Nowość z Wydawnictwa Santorski.















Fragment rozdziału 5: "Noc miłości"

(...) Dobrze było siedzieć tam, w pokoju za zaciągniętymi żaluzjami, wśród ścian pełnych książek i map, fajek i pamiątek, i prowadzić szczerą męską rozmowę z inżynierem Inbarem. Cudowne było to, że inżynier Inbar nie lekceważył mnie ani nie wyszydzał, nie mówił z wyższością. Zauważył jedynie: "Więc różnimy się w poglądach". Kochałem ojca Esti prawie tak mocno jak ją, ale inaczej; może nawet jego kochałem bardziej. Zaczęło mi się wydawać, że mógłbym otworzyć serce i wyznać mu, jak bardzo go okłamałem. Przyznać się do wstydu i hańby, nie kryjąc nawet, dokąd się wybierałem i którędy. Ale właśnie wtedy z łazienki wyłoniła się Esti. Prawie było mi żal, że zakłóciła naszą szczerą, męską rozmowę. Jej włosy nie były teraz zaplecione w warkocze: opadały na ramiona świeżo umytą, jasną grzywą, nadal ciepłe i wilgotne, prawie parujące. Miała na sobie pidżamę w słonie, duże i małe, w różnych kolorach. Na stopach miała kapcie matki, o wiele na nią za duże. Wchodząc, spojrzała na mnie przelotnie, a potem podeszła prosto do ojca. Ja byłem jak zostawiona na kanapie wczorajsza gazeta albo ktoś, kto wpadał tam co wieczór w drodze do krainy Ubangi-Szari - nic więcej.
- Czy byłeś dziś w Jerycho? - spytała ojca.
- Tak.
- Czy kupiłeś mi to, o co prosiłam?
- Nie.
- Było za drogie?
- Zgadza się.
- Poszukasz mi tego, kiedy będziesz następnym razem w Betlejem?
- Tak.
- Ty go tu przyprowadziłeś?
- Tak.
- A o co chodzi? Co mu jest?
(Nadal nie zasłużyłem na jedno jej słowo, jedno spojrzenie. Więc się nie odzywałem).
- Jego rodzice wyjechali, a on zgubił klucze. Dokładnie to samo przytrafiło się mnie, kiedy studiowałem w Berlinie. Wpadliśmy na siebie na ulicy Geula i zaproponowałem, by przyszedł do nas. Mama już go nakarmiła. Może przenocować na kanapie albo składanym łóżku u ciebie w pokoju. Decyzja należy do ciebie. Nagle Esti zwróciła się do mnie, ale nadal na mnie nie patrzyła.
- Chcesz spać u mnie w pokoju? Obiecujesz, że opowiesz mi jakieś niesamowite historie, zanim zaśniemy?
- W porządku - wymamrotały moje usta same z siebie, ponieważ nadal byłem zbyt oszołomiony.
- Co on powiedział? - spytała Esti ojca trochę zaniepokojona. - Może ty usłyszałeś, co powiedział?
- Wydawało mi się - odpowiedział inżynier Inbar - wydawało mi się, że nadal się zastanawia.
- Zastanawia-śmawia - roześmiała się Esti. - Okej. Niech tak będzie. Niech śpi tutaj, w salonie, i koniec. Dobranoc.
- Ale Esti - udało mi się w końcu powiedzieć, choć nadal szeptem. - Ale Esti... - Dobranoc - powiedziała Esti i przeszła obok mnie w swojej bawełnianej pidżamie w słonie. Za nią unosił się zapach jej wilgotnych włosów. - Dobranoc, tatusiu.
A już z korytarza powiedziała:
- Dobrze. Wobec tego w moim pokoju. Nie mam nic przeciwko temu.
Kto kiedykolwiek przede mną widział pokój dziewczynki, późno, tuż przed pójściem do łóżka, kiedy jedyne światło w pokoju to lampka nocna przy łóżku? O tak, nawet pokój dziewczynki ma ściany i okna, podłogę i sufit, meble i drzwi. To fakt. A jednak czujesz się, jakbyś był w innym kraju, całkowicie odmiennym i dziwnym, Jego mieszkańcy w niczym nas nie przypominają. Nie ma tam na przykład pudełek po nabojach na parapetach i ubłoconych butów sportowych pod łóżkiem. Nie ma sterty lin, metalu, podków, zakurzonych książek, kapiszonów, kłódek i gumek recepturek; nie ma bąków ani kawałków taśmy filmowej. Nie ma też wywrotowych ulotek Podziemia ukrytych między szafkami i ścianą ani nieprzyzwoitych obrazków schowanych w książce do geografii. No i nigdy, przenigdy nie ma w dziewczyńskim pokoju puszek po piwie, czaszek kotów, śrubokrętów, gwoździ, sprężyn i kół zębatych, wskazówek z rozebranych zegarków i ostrzy scyzoryków. Nie ma tam także rysunków płonących statków przyczepionych pineskami do ściany.
Wręcz przeciwnie.

Zdjęcia z niedzieli.


Niedziele spędziliśmy w Yorku. Udało mi się zakupić zestaw do biegania. A na lancz zjedliśmy specjalność angielską- fish and chips.


Mieliśmy sporo czasu czekając na nasz pociąg z Yorku wstąpiliśmy napić się aromatycznej kawy.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

POŻEGNALNE SPOTKANIE


TE WSPANIAŁE TRZY KOBIETY PRZYGOTOWAŁY DLA NAS WSPANIAŁĄ POŻEGNALNĄ KOLACJE.SPOTKANIE WYJĄTKOWE,CZAS WARTY ZAPAMIĘTANIA.


JEDZENIE BYŁO WYBORNE.

KOT GOSPODYNI WIERNIE I OCHOCZO NAM TOWARZYSZYŁ.

ŻAL BYŁO WRACAĆ DO DOMU,A WRACALIŚMY PO PIERWSZEJ W NOCY.DZIĘKUJEMY.

sobota, 24 stycznia 2009

do klimatów polskich mi się strasznie zatęskniło...

Promyczkowi..
Tylko mnie poproś do tańca
W sina dal..
A mnie się marzy..
Kryzys gospodarczy

Mały teścik przy kawie.

Zrobiłam sobie dzisiaj mały test, który opisuje człowieka jako kwiat. A oto proszę jaki, to ze mnie kwiatek wyrósł.


I am a
Sunflower


What Flower
Are You?


środa, 21 stycznia 2009

Benedyktyni.

video





video

Tajemnice zakonu - Leon Knabit, Artur Sporniak

Interesująca lektura dla wszystkich zainteresowanych tematem życia i duchowości przeżywanej we wspólnocie zakonnej.

Tajemnice zakonu to fascynująca opowieść o życiu w zakonnych murach. Ojciec Leon Knabit przedstawia w niej świat zamknięty dla zwykłego człowieka. Książka, miejscami poważna, miejscami pełna humoru i ciepła, dotyka takich zagadnień jak powołanie, przyczyny wstąpienia do klasztoru i kwestie życia w odosobnieniu.

Odpowiada także na pytania o to, czym różnią się współczesne zakony od dawnych, czy są one dzisiaj potrzebne? Dlaczego nas tak intrygują? Co zyskamy w kontakcie z tą tajemniczą rzeczywistością?

Ojciec Leon Knabit (ur. 1929) – Benedyktyn, rekolekcjonista. Autor wielu książek. Prowadził programy telewizyjne w Telewizji Polskiej „Ojciec Leon zaprasza”, „Salomon” oraz „Credo”. Był jednym z redaktorów półrocznika „Cenobium”. Znany jest ze swej otwartości, dobrego kontaktu z młodzieżą i poczucia humoru.

Artur Sporniak – dziennikarz Tygodnika Powszechnego, współautor i autor kilku książek, rozmów na tematy związane z wiarą, m.in. Autobiografia z ojcem Joachimem Badenim, Schody do nieba.

sobota, 17 stycznia 2009

Książka wartościowa.



Ciało i społeczeństwo. Mężczyźni, kobiety i abstynencja seksualna we wczesnym chrześcijaństwie

Peter Brown

Tłumaczenie: Ireneusz Kania
Projekt okładki: Katarzyna Bruzda

Przedstawiając niezwykle szeroką panoramę wczesnochrześcijańskiego świata, obejmującą okres od pierwszych lat po Chrystusie aż po wczesne średniowiecze i gigantyczne terytorium całej Europy, Azji Mniejszej i północnej Afryki, autor bada źródła surowych i nieraz opresyjnych postaw wobec ludzkiego ciała i płciowości, utrzymujących się przez stulecia, a i nadal rzutujących zarówno na współczesną naukę Kościoła, jak i popularną moralność czy etykę seksualną. Sięga zatem do myśli autorów nowotestamentowych, wielkich i tych mniej znanych Ojców Kościoła i teologów, jak również do ideałów swoistych grup społecznych w obrębie wspólnoty chrześcijańskiej: mnichów eremitów, skrajnych ascetów, konsekrowanych dziewic i wdów, złotoustych kaznodziejów i otaczanych uwielbieniem męczenników, ale także środowisk wyłamujących się z głównego nurtu chrześcijaństwa, np. sekt gnostyckich.

Z setek przytoczonych źródeł i cytatów, niejednokrotnie szokujących w swej formie i wymowie, wyłania się skomplikowany i w gruncie rzeczy dramatyczny obraz chrześcijanina jako „istoty płciowej oscylującej między łożem a pustynią”, przedstawiciela rodzaju ludzkiego „pochwyconego w kołowrót śmierci”, próbującego poprzez płodzenie umniejszyć jej grozę, a jednocześnie pragnącego stać się „czystym naczyniem dla Ducha Bożego” poprzez poskramianie wszelkich instynktów swego śmiertelnego ciała.

Zarówno rozmaitość omawianych tematów, wielobarwność przywoływanych postaci i stylistyki cytowanych tekstów, jak i opisowy, soczysty język Browna czynią z jego syntezy przykuwającą, niemal beletrystyczną opowieść, zdolną zainteresować szerokie grono czytelników, a dzięki swej naukowej rzetelności stanowiącą istotny wkład nie tylko w badania historii, psychologii i filozofii postaw religijnych i kierunków teologicznych, ale także w najszerzej pojęte studia nad cywilizacją chrześcijaństwa i jej wciąż żywotnymi prądami.


ISBN 838959876-0, 978-83-
165x236 mm, 520 s.
Rok wydania: 2006

KRAKÓW ZAWSZE ZACHWYCA.

piątek, 16 stycznia 2009

PRZEKLEŃSTWO FANTAZJI- ŻIŻEK



Slavoj Žižek w niniejszej książce analizując podstawowe koncepcje filozoficzne i psychologiczne, charakterystyczne dla naszej nowoczesności, przekonująco i barwnie odsłania sens zawiłych twierdzeń innego filozofa - Lacana - a zarazen najtajniejsze i najbardziej bulwersujące nasze własne myśli. Rezultatem tej wybornej analizy - miejscami bardzo trudnej, choć nie pozbawionej dowcipu i humoru - jest zaskakująca konkluzja, zgodnie z którą podmiot ludzki, tradycyjnie obdarzany substancjalnym istnieniem, właściwie znika zupełnie i ostatecznie okazuje się jedynie swoistym napięciem między własną wewnętrzną pustką a tym, co musiał odrzucić, aby funkcjonować jako podmiot. Książka ta nie jest jednak poświęcona wyłącznie zagadnieniom psychologicznym: jedną z tez autora jest głębokie przekonanie, że odpowiednie podejście psychologiczne, związane właśnie z psychoanalizą Lacana, stanowi doskonałe narzędzie interpretacyjne, pozwalające nam zrozumieć funkcjonowanie i rozwój nie tylko ludzkiej podmiotowości, lecz także zjawiska i zasady funkcjonowania polityki, kultury i szeroko pojętego otoczenia cywilizacyjnego, stanowiącego dla ludzkich podmiotów zbiory instrumentów służących zaspokajaniu jego pragnień.

O pielgrzymowaniu.

Seria: Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej
Jerozolima-Rzym-Compostela. Wielkie pielgrzymowanie u schyłku średniowiecza

Wielkie pielgrzymki do Ziemi Świętej, do Rzymu i do grobu św. Jakuba w Composteli mogły trwać rok i dłużej. Człowiek je podejmujący wyruszał na niepewne, opuszczał rodzinę, towarzyszy pracy, parafię, miasto. Przed nim – niebezpieczeństwa i trudy drogi, nowi ludzie i nowe krajobrazy; przed nim nieznane. Nieznane? Późnośredniowieczny pielgrzym wiedział którędy, dokąd i po co podąża – jego poprzednicy pozostawili mu relacje, itineraria, przewodniki i opisy miejsc świętych. Konfrontował więc nieustannie swoją wiedzę i wyobraźnię z doświadczaną w czasie pielgrzymki rzeczywistością. Oparte na najobszerniejszych relacjach badania dały wspaniały fresk późnośredniowiecznego wielkiego pielgrzymowania, kierujący uwagę na to, co można by określić jako najwyższy stopień przyswojenia i zracjonalizowania wiedzy religijnej i odrębności kultur, percepcji czasu i przestrzeni. Nie wszyscy mogli się nań wspiąć. W zapisie zbiorowego doświadczenia drogi, wspólnego uczestnictwa w pielgrzymim rytuale możemy odczytać odmienne przeżywanie świętości, różne dostrzeganie i postrzeganie śladów kultury starożytnej w Rzymie czy obcości cywilizacji islamu na Bliskim Wschodzie, indywidualne, wreszcie, spotkanie z wielkim dziedzictwem fabularnym i legendarnym na drodze do św. Jakuba. I o tej konfrontacji – zderzeniu percepcji późnośredniowiecznego mieszczanina z bogactwem obrazów i treści, jakie oferowała mu wielka pielgrzymka, a które w pełni dostępne było tylko nielicznym, najlepiej wykształconym pątnikom – jest ta książka.

WSTĘP
JEROZOLIMA
Rozdział I. Palmieri
Pielgrzymie relacje
Późnośredniowieczne pielgrzymowanie do Ziemi Świętej
Rozdział II. Podróż
Koszty wyprawy
Wenecja – preludium
Na galerze i na lądzie
Rozdział III. Pielgrzymka
Pod przewodem franciszkanów
Sanctus circuitus
Góra Syjon
Góra Oliwna i Dolina Jozafata
Droga Krzyżowa
Bazylika Bożego Grobu
Pielgrzymka nad Jordan i do Betlejem
Geografia sakralna i topografia Jerozolimy
RZYM
Rozdział I. Mirabilia Urbis Romae i inne przewodniki
Itineraria
Przewodniki po Rzymie
Rozdział II. Wrocławscy romipetae
Pielgrzymi-mieszczanie
Rzym na wrocławskim horyzoncie pielgrzymkowym
Podróż i pobyt w Rzymie
Rozdział III. Rzym pielgrzymów
Sic transit gloria mundi?
Średniowieczni pielgrzymi w renesansowym mieście
Rzym – Jerusalem civitas et ornamentum martyrum Domini
Miejsca święte i relikwie
Jerozolima i Ziemia Święta w Rzymie
Miasto apostołów
Uroczystości religijne i miejskie
Geografia sakralna pielgrzymki
DROGA DO ŚWIĘTEGO JAKUBA
Rozdział I. Itinerarium Rindfleischa
Rozdział II. Droga Mleczna – św. Jakuba
Rozdział III. Pielgrzymka do Santiago de Compostela
ZAKOŃCZENIE
ANEKS I: Pielgrzymka św. pamięci Piotra Rindfleischa do Grobu Świętego
ANEKS II: Itinerarium pielgrzymki Piotra Rindfleischa do Santiago de Compostela
Bibliografia
Summary
Indeks nazw geograficznych i miejscowych
Indeks osobowy
Spis ilustracji
Spis map.

Polecam przejrzenie strony WYDAWNICTWA UNIWERSYTETU WROCŁAWSKIEGO. Wydawnictwo to posiada naprawdę dobrą ofertę, a do tego ma całą masę promocji cenowych.

czwartek, 15 stycznia 2009

Piękna piosenka,mistrzowskie wykonanie.

tekst piosenki
Znów wędrujemy - Grzegorz Turnau



Znów wędrujemy ciepłym krajem

Malachitową łąką morza

Ptaki powrotne umierają

Wśród pomarańczy na rozdrożach


Na fioletowo-szarych łąkach

Niebo rozpina płynność arkad

Pejzaż w powieki miękko wsiąka

Zakrzepła sól na nagich wargach...



A wieczorami w prądach zatok

Noc liże morze słodką grzywą

Jak miękkie gruszki brzemieje lato

Wiatrem sparzone jak pokrzywą



Przed fontannami perłowymi noc

Winogrona gwiazd rozdaje

Znów wędrujemy ciepłą ziemią

Znów wędrujemy ciepłym

Krajem

Malachitową łąką morza

Ptaki powrotne umierają

Wśród pomarańczy na rozdrożach



Znów wędrujemy ciepłym krajem

Malachitową łąką morza

Ptaki powrotne umierają

Wśród pomarańczy na rozdrożach



Przed fontannami perłowymi noc

Winogrona gwiazd rozdaje

Znów wędrujemy ciepłą ziemią

Znów wędrujemy ciepłym

Krajem

Malachitową łąką morza...




video

środa, 14 stycznia 2009

KSIĄŻKOWA TĘCZA.

Zauroczyło mnie to zdjęcie. Prawdziwa tęcza z książek,czy to więc na szczęście? Mam nadzieję, że tak. Tego życzę sobie i wszystkim, którzy tutaj zaglądają. A tak przy okazji, to już bardzo mi się tęskni za domem. Z radością już teraz bym pojechała.

the style files header image 1

wtorek, 13 stycznia 2009

JAK ROZMAWIAĆ O KSIĄŻKACH,KTÓRYCH SIĘ NIE CZYTAŁO?

Pierre Bayard
JAK ROZMAWIAĆ O KSIĄŻKACH,
KTÓRYCH SIĘ NIE CZYTAŁO?

(Comment parler de livres qu’on n’a pas lu?)

Przełożyła z francuskiego Magdalena Kowalska
wydanie pierwsze, oprawa miękka, 160 s.

SPIS TREŚCI:

PROLOG

RODZAJE NIE-CZYTANIA

Rozdział 1. Książki, których nie znamy
Rozdział 2. Książki, które przekartkowaliśmy
Rozdział 3. Książki, które znamy ze słyszenia
Rozdział 4. Książki, które zapomnieliśmy

SYTUACJE

Rozdział 1. W wielkim świecie
Rozdział 2. Przed profesorem
Rozdział 3. Przed pisarzem
Rozdział 4. Z ukochaną osobą

JAK SIĘ ZACHOWYWAĆ

Rozdział 1. Nie wstydzić się
Rozdział 2. Narzucać swoje zdanie
Rozdział 3. Wymyślać książki
Rozdział 4. Mówić o sobie

Nota od Autora:
Cztery kategorie książek, które będą dokładniej objaśnione w czterech pierwszych rozdziałach, oznaczam skrótami: KN – książka, której nie znam; KP – książka, którą przekartkowałem; KS – książka, którą znam ze słyszenia; KZ – książka, którą zapomniałem. Kategorie te się nie wykluczają, jedna książka może zostać opatrzona kilkoma adnotacjami. Oznaczenie kategorii będzie podane przy pierwszym przywołaniu tytułu.

fragment

Rozdział czwarty

KSIĄŻKI, KTÓRE ZAPOMNIELIŚMY

W KTÓRYM WRAZ Z MONTAIGNEM ZADAMY SOBIE PYTANIE, CZY JEŚŁI PRZECZYTALIŚMY KSIĄŻKĘ I ZAPOMNIELIŚMY, A NAWET ZAPOMNIELIŚMY, ŻE JĄ KIEDYKOLWIEK CZYTALIŚMY, NADAL MOŻEMY POWIEDZIEĆ, ŻE JĄ CZYTALIŚMY

Nie ma więc tak wielkiej znów różnicy między książką przeczytaną – jeśli tworzenie takiej kategorii ma w ogóle sens – a książką przejrzaną. Kiedy uprzytomnimy sobie, jak wiele racji miał Valéry, pisząc eseje o dziełach, które jedynie przekartkował, oraz Baskerville, komentując książkę, której nie miał nawet w ręku, najbardziej staranna i uważna lektura zaczyna przypominać pobieżne przeglądanie. Możemy się o tym przekonać, gdy weźmiemy pod uwagę jeszcze jeden aspekt lektury, zazwyczaj lekceważony, a mianowicie – czas. Czytanie bowiem nie jest tylko poznawaniem i przyswajaniem, lecz – od momentu otwarcia książki – konsekwentnym i nieubłaganym zapominaniem.
Już w trakcie lektury zaczynamy zapominać to, co przeczytaliśmy przed chwilą. Proces ten trwa nieprzerwanie aż do chwili, w której okazuje się, że wszystko wygląda tak, jakbyśmy danej książki nigdy nie czytali; stajemy się na nowo nie-czytelnikami, a przecież mogliśmy nimi pozostać od początku, gdybyśmy tylko działali bardziej świadomie. Stwierdzenie, że czytało się tę czy inną książkę, jest więc w rzeczywistości tylko metonimią, gdyż nigdy nie czytamy więcej niż część książki, mniejszą lub większą, a nawet ta część skazana jest prędzej czy później na zapomnienie. Rozmowy, które prowadzimy sami ze sobą i z innymi, dotyczą raczej nie książek, lecz bardzo przybliżonych wspomnień o nich, kształtowanych przez naszą teraźniejszość.

*

Żaden czytelnik, nawet najznamienitszy, nie może twierdzić, że jego ten proces zapominania nie dotyczy. Nie uchronił się przed nim również Montaigne, który przecież kojarzy nam się przede wszystkim z rozległą erudycją antyczną i z bibliotekami, a który jednak ze śmiałością i szczerością nie mniejszą niż późniejsza szczerość Valéry’ego mówi o sobie jako o czytelniku zapominalskim.
Problem niedostatków pamięci, choć nie należy do najczęściej roztrząsanych przez krytykę, jest tematem wielokrotnie powracającym w Próbach. (KP, KP, + +) Pisarz nieustannie skarży się na tę przypadłość i na kłopoty, jakie z niej wynikają. Opowiada na przykład, że za każdym razem, gdy udaje się, by sprawdzić coś w swojej bibliotece, zapomina po drodze, w jakiej sprawie tam szedł. W trakcie rozmowy zmuszony jest wyrażać się zwięźle, gdyż boi się, że straci wątek. Nie jest też w stanie zapamiętać imion swoich służących, dlatego gdy ich woła, używa nazwy ich funkcji albo kraju, z którego pochodzą.
Problem jest na tyle poważny, że Montaigne znajduje się właściwie na granicy kryzysu tożsamości, chwilami boi się, że zapomni własnego imienia. Zastanawia się, jak poradzi sobie w codziennym życiu, gdy wreszcie nadejdzie dzień, w którym to nieszczęście mu się przytrafi – bo wydaje się ono nieuniknionym logicznym następstwem dotychczasowych problemów z pamięcią.
Te problemy nie pozostają bez związku z przeczytanymi książkami. Na samym początku rozdziału Prób , w którym o nich mowa, Montaigne bez owijania w bawełnę przyznaje, jak wielką trudność sprawia mu zapamiętanie czegokolwiek, co czytał:

Jeśli mam pewne oczytanie, to jest zupełnie źle z zapamiętywaniem.

Lektury zacierają się w pamięci stopniowo, ale konsekwentnie, proces ten obejmuje wszystkie szczegóły przeczytanych niegdyś książek, od nazwiska autora po sam tekst. Znikają one ze świadomości jeden po drugim, równie szybko jak się w niej pojawiły:

Kartkuję książki, nie studiuję ich. Co mi z nich zostanie, tego już nie uważam za rzecz cudzą; toć jeno to, z czego sąd mój wyciągnął dla się korzyść, myśli i poglądy, którymi się napoił. Autor, miejsce, słowa i inne okoliczności, to wszystko zapominam od razu.

To zanikanie jest w pewnym sensie nieodłącznie związane z tym, co zyskujemy dzięki książkom. Montaigne właśnie dlatego, że ma zwyczaj przywłaszczać sobie to, co przeczytał, czym prędzej zapomina książkę – jakby była ona tylko tymczasowym nośnikiem jakiejś ponadosobowej mądrości i spełniwszy swoją misję, dostarczywszy przesłanie, mogła już tylko zniknąć. Ale nawet jeśli zapominanie ma również pozytywne aspekty, to nie znoszą one bynajmniej związanych z nim problemów, zwłaszcza psychicznych, nie rozwiewają niepokoju, jaki wywołuje niemożność zapamiętania czegokolwiek, zwłaszcza wobec konieczności prowadzenia codziennych rozmów z ludźmi.

*

Oczywiście tego rodzaju nieprzyjemności zna każdy, każda lektura daje bowiem wiedzę kruchą i nietrwałą. W przypadku Montaigne’a jednak szczególnie interesujące i świadczące o rzeczywiście niezwykłej skali jego kłopotów z pamięcią wydaje się to, że nie jest on w stanie przypomnieć sobie nawet, czy kiedykolwiek czytał jakiś utwór, czy nie:

Aby przypomóc nieco chybom mej pamięci i zawodności jej tak osobliwej, iż zdarzało mi się nieraz brać w rękę, jakby nowe i nieznane, książki, które czytałem pilnie parę lat wprzódy i zabazgrałem przypiskami, przyjąłem od niejakiego czasu zwyczaj, aby pomieszczać na końcu każdej książki (mówię o tych, którymi mam zamiar posłużyć się tylko raz) datę, kiedy skończyłem ją czytać, i sąd, jaki z grubsza wyciągnąłem; tak by mi to przynajmniej odtworzyło wrażenie i ogólną myśl, jaką powziąłem o autorze przy czytaniu.

Problem okazuje się więc w przypadku Montaigne’a naprawdę poważny, gdyż w zapomnieniu pogrąża się nie tylko książka, lecz także moment czytania. Znika w pamięci nie tylko przedmiot – wówczas przynajmniej mgliste jego zarysy mogłyby się zachować – lecz także sam akt lektury, jak gdyby zapominanie było tak radykalne i gruntowne, że pochłania absolutnie wszystko, co wiąże się z jego przedmiotem. Mamy więc prawo zapytać, czy lektura, o której nie wiadomo, czy w ogóle miała miejsce, może wciąż jeszcze nosić miano lektury.
JAK ROZMAWIAĆ O KSIĄŻKACH, KTÓRYCH SIĘ NIE CZYTAŁO?" title=" P. Bayard
JAK ROZMAWIAĆ O KSIĄŻKACH, KTÓRYCH SIĘ NIE CZYTAŁO? " width="158" border="0" height="250">

Don Kichot widziany trochę inaczej.


Andrés Trapiello
GDY UMARŁ DON KICHOT
Zaskakującą powieść Andresa Trapiello można czytać na co najmniej dwa sposoby: jako pełną romansowych wątków kontynuację arcydzieła Cervantesa Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy oraz jako rodzaj eseju o związkach między literaturą a życiem. Prawda miesza się tu ze zmyśleniem, a rzeczywistość z fantazją do tego stopnia, że w końcu granice się zacierają. Co więcej, w świecie fikcji, czytelnik odkrywa tajemnice bytu, jakich wcześniej nie dostrzegał.
Błędny rycerz umiera. Co się teraz stanie z osobami z jego najbliższego otoczenia? Czy udźwigną brzemię, które spoczęło na nich jako na spadkobiercach wielkiej literackiej legendy? Oto gospodyni Quiteria — jak się okazuje, od lat skrycie zakochana w Don Kichocie — postanawia opuścić dom, zwłaszcza że wciąż popada w konflikty z siostrzenicą zmarłego, Antonią. Ta z kolei wypłakuje oczy z miłości do bakałarza Samsona Carrasco, który wydaje się nie odwzajemniać afektu, myśląc jedynie o czekających go podróżach i przygodach. Najbardziej zasmucony śmiercią Don Kichota jest wierny Sanczo Pansa, który nagle utracił sens życia. Postanawia zatem nauczyć się czytać, aby zapoznać się ze słynnym już w świecie dziełem Cervantesa. Zarówno dla byłego giermka, jak i dla bakałarza lektura powieści jest porażającym doświadczeniem. Nagle wydarzenia, w których uczestniczyli, zaczynają postrzegać w zupełnie nowym świetle i przekonują się o kruchości ugruntowanych, zdawałoby się, opinii. Kiedy zaś pełni podziwu dla talentu i mądrości wybitnego pisarza dowiadują się, w jak ciężkich żyje on warunkach, decydują się odwiedzić go w Madrycie.

Fragment książki
Tamtego dnia Don Kichot zasiadł przy potrójnym świeczniku i czytał jedną ze swych książek. Był to typowy zimowy dzień: szary, smutny, wilgotny, z deszczem zacinającym o szyby. Zapadł wczesny zmrok i Antonia położyła się w swoim pokoju. Quiteria podeszła od tyłu do swojego pana, zupełnie jak Malva, jego ulubiona kotka.
— Czy wasza miłość wie, jak długo służę już w tym domu?
Don Kichot podniósł wzrok znad książki. Zdziwiło go to wtargnięcie gospodyni, bo dawno już przykazał, że jeśli jest w bibliotece, nikt — ani gospodyni, ani siostrzenica, ani żaden z domowników, gości czy przyjaciół — nie ma prawa mu przeszkadzać.
— Co? Pytasz, ile lat? Przecież wiem, że dużo — odpowiedział, nie wdając się w szczegóły.
— Dwadzieścia trzy lata, trzy miesiące i piętnaście dni — oświadczyła Quiteria, jak zawsze skrupulatna w rachunkach. — Czy pamięta wasza miłość ów dzień, w którym tutaj przyszłam? Czy potrafiłby powtórzyć słowa, które mi wtedy powiedział, i to, co ja mu odrzekłam?
— Quiterilla, o co ci chodzi? Dlaczego mnie pytasz o takie drobiazgi? Jestem ci winien za jakiś miesiąc? Nie dostałaś spódnicy, która ci się należała? Albo może buty masz nie takie, jakie przystoją gospodyni szlacheckiego domu?
Quiterilla... Gospodyni zabiło mocniej serce, gdy znów usłyszała to imię, którego Don Kichot użył tamtego dnia. Nie, on na pewno nie zapomniał. Nie musiał już nic mówić, ona i tak wiedziała.
— No więc powiedz mi, czy jestem ci coś dłużny.
— Nie, panie Alonso, tu nie o to chodzi. Ja bym i za darmo służyła w pana domu. Mogłabym chodzić w łachmanach, byle mnie wasza miłość nie oddalił. To ja do końca życia się nie wypłacę za to wszystko, co dla mnie wasza miłość zrobił. Gdyby nie dom Quijanów, nie wyszłabym, jak to się mówi, z rynsztoka i nie wyzwoliłabym się spod tyranii głodu.
— Och! — wykrzyknął Don Kichot. — Ale przecież ja nic takiego nie zrobiłem!
- Nie. Zrobił wasza miłość, i to bardzo dużo. Ale mnie też się zdarzyło coś, o czym muszę powiedzieć, choć nie umiem znaleźć sposobu. Och, gdybym miała waszą elokwencję! Wasz-mość pan mój dobrodziej zawsze potrafi znaleźć odpowiednie słowo i mówi jak prawdziwy poeta! Można by rzec, że od samych Potęg anielskich* uzyskał wasza miłość ten dar. Don Kichot słuchał w zdumieniu i zupełnie nie wiedział, o co chodzi Quiterii. Starał się być jednak cierpliwy i łagodny, tak jak on to potrafił:
— Posłuchaj, Quiteriłla, ja jestem teraz zajęty, więc jeśli masz coś do mnie, powiedz mi to krótko i po prostu.
— Och, mój panie Alonso! — westchnęła Quiteria. — Gdyby to się dało powiedzieć po prostu! We mnie wszystko aż się gotuje i nie potrafię o tym mówić spokojnie. No dobrze, spróbuję... Sama nie wiem, jak to się stało, ale już pierwszego dnia... Nie, nie mogę. To jest dla mnie za trudne. Wasza miłość miał wtedy jeszcze wszystkie włosy na głowie i czarną brodę. Był też taki młody, wytworny i władczy, kiedy kazał mi się wziąć do pracy. Dostałam pierwsze zadanie: miałam motać wełnę, międlić len, smażyć figi i łuskać migdały. Och, i ta cierpliwość waszej miłości, gdy nie wszystko mi szło tak, jak chciałam!... Jakże mogłam nie pokochać tak dobrego pana? Głęboko skrywałam w sercu tę miłość i zabrałabym ją ze sobą do grobu, ale widzę, co się dzieje w tym domu. Martwię się, że wszystko w nim podupada, a najbardziej, że mój pan traci zdrowie.
Don Kichot uniósł brwi i szeroko otwartymi oczyma patrzył na gospodynię.
— O czym ty mówisz, Quiterio? Ja tracę zdrowie? W życiu nie czułem się lepiej.
By to udowodnić, jednym susem, nie odkładając nawet książki, znalazł się na stole, tak jak zwykła to robić jego kotka Malva. Zeskoczył na ziemię, rozpostarł ramiona jak akrobata w cyrku i jeszcze dwa razy powtórzył ten wyczyn, podrzucając do sufitu i łapiąc czerwoną szlafmycę, którą od pewnego czasu stale nosił.
— No i co? Tak wygląda ktoś, kto stracił zdrowie?
Nie, wasza miłość. Martwi mnie tylko, że mój pan nie śpi, nie je i wciąż jest niespokojny. Od kilku miesięcy nic, tylko mówi do siebie, czyta do późnej nocy, potem zasypia i gada przez sen. Nieraz słyszałam, gdy wasza miłość drzemał przy kominku, imię tej mojej rywalki...
— Rywalki?! — zawołał Don Kichot i nie wypuszczając książki z ręki, założył ją palcem, by nie zgubić wątku. — O jakiej rywalce ty mówisz? A może to tylko złe duchy i czarownicy zaćmili mi umysł?
Quiteria przypomniała sobie, że wtedy po raz pierwszy jej pan zaczął mówić o złych duchach i czarownikach. Po raz pierwszy mogła zajrzeć w mroczną otchłań jego szaleństwa.
— Jakie duchy i jacy czarownicy? A nie było to tak, że kiedyś po kryjomu wybrał się wasza miłość, by zobaczyć, co robi i kim jest niejaka Aldonza Lorenzo z Toboso? Na Boga i Najświętszą Pannę z Hontanar, patronkę mojej wioski: gdyby nie ta Aldonza i to jej nieszczęsne przezwisko — Dulcynea! — nigdy bym nic nie powiedziała i tylko cierpiała w milczeniu, dopóki by ksiądz do mnie nie przyszedł z ostatnim sakramentem!Czy wasza miłość mógłby zaprzeczyć, że...
Don Kichot nie pozwolił Quiterii dokończyć. Wstał. Był cały czerwony na twarzy: ze wzburzenia, gniewu lub ze wstydu. Quiteria przelękła się. Zaczęła żałować swych słów.
Ale nie, nic takiego się nie stało. Don Kichot zaczął chodzić po pokoju. Przeszedł go raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Nic nie mówił, myślał nad każdym słowem, które chciał wypowiedzieć. Ponieważ wciąż milczał, Quiteria mówiła dalej, lecz teraz jakby się tłumacząc:
— Wiedzcie, wasza miłość, że ja nic nie chcę dla siebie. Bóg mi świadkiem, że służyłabym tutaj do śmierci i nie żądała niczego w zamian, lecz pojawiła się teraz ta inna i zabiera mi mój skarb i me jedyne szczęście. Wiem, kim jestem i że nie przyszłam na świat po to, by kochać kogoś, kto tak bardzo przewyższa mnie stanem i majątkiem, a już na pewno nie powinnam oczekiwać, by on mnie również pokochał, zwłaszcza że niebo urody też mi poskąpiło. Dowiedziałam się jednak, kim jest ta moja rywalka: że to Aldonza Lorenzo, którą znam od dziecka i która, co nieskromnie powiem, w niczym ode mnie nie jest lepsza. Tylko dlatego ośmieliłam się przyjść tutaj do mego pana dobrodzieja i wylać z serca mój żal. Wiem, że to była z mojej strony zuchwałość, ale znacie mnie, panie, tak długo, więc zechciejcie zrozumieć, co czuję i dlaczego mówię to, co mówię.
Don Kichot uspokoił się już i znów usiadł. Wzruszyła go Quiteria. Nie spodziewał się, że coś takiego od niej usłyszy. Przełknął to, co najpierw chciał powiedzieć, i gdy się w końcu odezwał, jego słowa były jak płatki śniegu, które delikatnie padały na rozżarzone serce gospodyni.
— Muszę ci się przyznać, moja droga Quiterio, że przepięknego imienia owej Aldonzy, o której mówiłaś, nigdy bym się nie ośmielił wyrzec w nędznych ścianach mego domu, bo zwykło ono gościć wyłącznie na ustach królów, cesarzy i książąt w pałacach z porfiru i błękitnego marmuru. Ty też, Quiterio, musisz zrozumieć, że Aldonza jest kobietą, do której należy całe moje serce, i to nie od dzisiaj, lecz od wielu długich lat, dwunastu lub czternastu, jeśli dobrze liczę. Gdyby ona pierwej nie skradła mego serca, natychmiast bym je oddał tobie, bo nie spotkałem jeszcze kobiety, która byłaby lepsza, troskliwsza i roztropniejsza od ciebie. Ale gdybyś, Quiterillo, zajrzała do mej piersi, sama byś zobaczyła, że jest pusta, bo owa Dulcynea niczym sroka złodziejka porwała me serce i ukryła w swym gnieździe.
Quiteria rozpłakała się. Dla kogoś, kto jest biedny, płacz bywa nieraz jedyną pociechą.


* Potęgi anielskie (Potestates), według świętej Hildegardy (1098-1179) czwarty chór anielski (w porządku wstępującym) po Mocach (Virtutes), a przed Zwierzchnościami (Principatus), u księdza Wujka zwany leż Władzami. U Dionizego Areopagity (Pseudo-Dionizego, VI w.) drugi gatunek aniołów w drugiej hierarchii. W obu porządkach są to anioły o porażającym blasku, oznaczają „sprawności" w rozumieniu „cnót" magicznego pierścienia lub ziela.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

CZYTELNIK

Komentarz do lektur...

JAK ROZUMNIE SPĘDZAĆ WAKACJE.UMBERTO ECO
Kiedy zbliżają się letnie wakacje, chwalebny zwyczaj nakazuje tygodnikom
politycznym i kulturalnym podsunąć swoim czytelnikom co najmniej dziesięć
mądrych książek, które pozwolą im rozumnie spędzić rozumne wakacje.
Przeważa jednak nieprzyjemny zwyczaj nakazujący traktować czytelnika jak
osobę niedorozwiniętą i nawet sławni pisarze starają się proponować
książki, które ludzie o średnim wykształceniu powinni byli przeczytać
najpóźniej przed maturą. Wydaje się nam czymś obraźliwym, a przynajmniej
poklepywaniem czytelnika po ramieniu, doradzanie mu, bo ja wiem, niemieckiego
oryginału Powinowactwa z wyboru, Prousta w wydaniu Pleiade albo łacińskich
utworów Petrarki. Musimy uwzględnić fakt, że czytelnik, od tak dawna
zasypywany tego rodzaju radami, musi stawać się coraz bardziej wymagający, a
jednocześnie nie możemy tracić z oczu tych, którzy nie mogąc sobie
pozwolić na kosztowne wakacje, gotowi są przeżyć przygodę niedrogą i
podniecającą.

Komuś, kto zamierza spędzać długie godziny na plaży, doradzałbym Ars
magna lucis et umbrae ojca Athanasiusa Kirchera, rzecz fascynującą dla
czytelnika, który wystawiwszy się na działanie promieni podczerwonych, zechce
zadumać się nad cudownością światła i zwierciadeł. Rzymskie wydanie z
roku 1645 jest nadal dostępne w antykwariatach, za sumy bezspornie niższe od
tych, jakie Calvi wyeksportował do Szwajcarii. Nie zalecałbym
wypożyczania tej pozycji z biblioteki, ponieważ można ją znaleźć jedynie w
zabytkowych pałacach, gdzie personel biblioteczny składa się zwykle z ludzi bez
prawej ręki i lewego oka, którzy spadają z drabiny, kiedy pną się ku
półkom z cymeliami. Dalszą niedogodnością są mole książkowe oraz
kruchość kart, nie należy więc czytać takiego dzieła, kiedy wiatr porywa
plażowe parasole.

Młodzieniec, który podróżuje po Europie z okresowym biletem kolejowym
drugiej klasy w kieszeni, narażony jest więc na lekturę w zatłoczonym
pociągu, gdzie stoi się wystawiając jedną rękę za okno, mógłby zabrać ze
sobą przynajmniej trzy z sześciu wydanych u Einaudiego tomów Ramusia,
które można doskonale czytać trzymając jeden w ręku, drugi pod pachą, a
trzeci między udami. Czytanie w trakcie podróży o podróży to przeżycie
bardzo intensywne i pobudzające.

Młodzieńcom, którzy wyrwali się ze szponów polityki (albo się do niej
rozczarowali), a mimo to pragną być na bieżąco w sprawach Trzeciego
Świata, proponowałbym jakieś arcydzieło filozofii muzułmańskiej. Adelphi
opublikował ostatnio Księgę rad, której autorem jest Kay Ka'us ibn Iskandar,
lecz niestety w tym wydaniu zrezygnowano z oryginału irańskiego, przez co
gubi się oczywiście cały smak tekstu. Godnym natomiast polecenia dziełem
jest Kitab al-s'ada wa'L is'ad Abul'l-Hasana Al'Amiriego, dostępne w
Teheranie w wydaniu krytycznym z roku 1957.

Ponieważ jednak nie wszyscy czytają swobodnie w językach Bliskiego
Wschodu, dla tych, którzy wędrują samochodem, a nie mają kłopotów z
nadmiernym bagażem, doskonała byłaby, jak mniemam, kompletna Patrologia Migne'a.
Odradzałbym pisma ojców greckich przed Soborem Florenckim z roku 1440, gdyż
trzeba by zabrać ze sobą 161 woluminów wydania grecko-łacińskiego i 81
wydania łacińskiego, gdy tymczasem, decydując się na ojców łacińskich
sprzed roku 1216, wystarczy zabrać 218 woluminów. Zdaję sobie sprawę, że
nie wszystkie tomy są dostępne na rynku, od czego jednak fotokopiarki! Tym,
którzy mają zainteresowania mniej specjalistyczne, doradzałbym lekturę
(oczywiście w oryginale) paru solidniejszych dzieł wywodzących się z
tradycji kabalistycznej (są w dzisiejszych czasach niezbędne dla zrozumienia
nowoczesnej poezji). Wystarczy kilka pozycji: naturalnie Sepher Jezirah, Zohar,
Mojżesz Kordowero i Izaak Luria. Zestaw kabalistyczny nadaje się zresztą
wspaniale do wykorzystania w działalności Klubów Śródziemnomorskich,
których animatorzy mogą utworzyć dwie grupy współzawodniczące ze sobą w
budowaniu jak najsympatyczniejszego Golema. A wreszcie tym, którzy mają
trudności z hebrajskim, pozostaje zawsze Pół Corpus hermeticum i pisma
gnostyczne (lepiej wybrać Walentyna, gdyż Bazylides jest często zbyt rozwlekły i
irytujący).

To wszystko (i o wiele więcej) polecałbym ludziom spragnionym wakacji
rozumnych. W przeciwnym razie nie ma dyskusji, zabierajcie ze sobą Grundrisse,
Ewangelie apokryficzne i inedita Peirce'a na mikrofilmach. W końcu tygodniki
kulturalne nie są periodykami dla szkoły podstawowej.

(1981)


Umberto Eco
(Photo: Nancy Crampton) Ze zbioru felietonów Umberto Eco pt. Zapiski na
pudełku od zapałek.

Przełożył z włoskiego Adam Szymanowski.


Tekst ten wyszukał dla mnie Ukochany. Postanowiłam się nim podzielić
bo ironia i erudycja Ecco są na najwyższym poziomie.


piątek, 9 stycznia 2009

Lubię, po prostu lubię i już...

video

Wyszukane w Zeszytach Literackich.

Hugo von Hofmannsthal "List ostatniego z Contarinich"

W dniu dzisiejszym, 10 maja 1888 roku, o godzinie 11 rano przybył do mojego domu pan komisarz Bomparini, notariusz zaopatrzony we wszystkie dokumenty i środki do przeprowadzenia w należytej formie aktu darowizny, na mocy którego ja, niżej podpisany Alviso Contarini, patrycjusz wenecki, hrabia Rzeszy Niemieckiej etc., niższy urzędnik Królewskiej Poczty włoskiej, ustanowiony być miałem właścicielem kapitału "wystarczającego na prowadzenie życia zgodnie z wymogami mego stanu oraz na zamieszkanie głównego piętra jednego z dawnych pałaców rodziny Contarinich przy Canale Grande".

Image W charakterze donatorów figurowali na poczesnym miejscu Pan, Hrabio, oraz Mr Gordon B., dalej zaś grupa przyjaciół, którzy życzyli sobie zachować anonimowość. Bezzwłocznie i nie dopuszczając do żadnej dyskusji, oświadczyłem, że nigdy nie przyjmę ani tej, ani żadnej innej podobnej darowizny, w szczególności zaś odrzucam raz na zawsze tę, o której mowa - co notariusz zaprotokołował. Poczuwam się wszelako do obowiązku niniejszym wyraźnie Pana o tym powiadomić. Mam ponadto zaszczyt powiadomić Pana, że od tej chwili przestałem istnieć dla Pana i innych donatorów z Pańskiego kółka. Że nie spotkam się z nikim z Panów w żadnym miejscu prywatnym ani publicznym. Oraz że wszelką próbę zbliżenia uznam za zmuszanie mnie, bym na zawsze odwrócił się od Wenecji. [...]
Tym samym wprawia mnie Pan w wielkie wzburzenie, dotyka Pan bowiem mego losu, mego światopoglądu, mego Ja. Taki jestem, takim się stałem.
Ale tkwi w tym ponadto coś nieuczciwego. Jestem niczym bilardowa kula, która jeszcze nie dotoczyła się do otworu. Ta ostateczna zapaść dopiero nastąpi.
Muszę jeszcze odrzucić moje tytuły i powiązania. Wtedy dopiero wszystko będzie tak, jak być powinno. Przyjąć Pańską propozycję byłoby komedią - jakże podłą komedią.
Nie można nic odrestaurować. Dawni ludzie lśnili blaskiem pereł od wewnątrz.

Image Jestem teraz drżącym, dobitnym symbolem rzeczy większych niż ja sam. Je ne passe pas un moment vil (nawet z domownikami).
Ale proszę nie uważać mnie za nieszczęśliwego.
Moje wieczory. Chodzenie do kościoła. Przepisywanie przy świecy. Odczucie świata.
...Je me maintiens.
Myśli Contariniego: Sądzę, że nie umiemy sobie w ogóle wyobrazić bezmiernej wspaniałości, z jaką poczynali sobie

niegdysiejsi ludzie w różnych sprawach, na przykład obdarowując się przy wielkich uroczystych zjazdach, kiedy to wszystkich niebiańsko, po królewsku obdarowywano; podobnie jak nie umiemy w ogóle nic co dawniej...
Wynik jest taki: Jesteśmy inni niż tamci inni (niegdyś), a owa inność i świadomość inności to cała nasza natura i całe nasze posłanie: tak jak istota czasów Goldoniego polegała na tym, by na przykład być głuchym na cinquecento i zadowalać się własną epoką. Jesteśmy odbiciami tych, którzy żyli niegdyś. W podeszłym wieku jesteśmy nimi naprawdę.
Ten dystans, i to dystans pełny czci, jest układem współrzędnych naszego ducha.
Posiadanie rzeczy poszczególnej przystoi duszom niewymownie świeższym, naiwniejszym; nam przystoi hipotetyczne posiadanie wszystkiego: wysnuwam najpiękniejsze marzenia ze składu łokciowizny i koronek Venice-Silk-Company, ale nie wiedziałbym, czyją szyję otoczyć sznurem pereł.

tłum. M. Łukasiewicz

[Fragment]

czwartek, 8 stycznia 2009

O nowej książce i o poczcie.




Misjonarz i libertyn. Eros i dyplomacja. Polityka na Wschodzie i Zachodzie
Autor : Ian Buruma
Rok wydania : 2005
ISBN : 83-242-0255-2

Zbiór esejów o szerokim zakresie tematycznym, z których większość została opublikowana w "The New York Review of Books" na przestrzeni dziesięciu lat. Choć niektóre z tych esejów dobrze oddają tytuł zbioru (np. afera miłosna rumuńskiego filozofa religii Mircea Eliade z bengalską poetką Maitreyi Devi czy przygoda pisarza holenderskiego Louisa Couperusa w Indiach Holenderskich), inne nie dają się tak łatwo zaklasyfikować. Ponad połowa z nich jest portretami mniej lub bardziej znanych postaci: japońskich pisarzy (Mishima Yukio, Junichiro Tanizaki), postaci ze świata polityki (pani Bhutto z Pakistanu czy Imeldy Marcos i Corazon Aquino z Filipin), ale też podróżników, jak Wilfred Thesiger. Inne są wnikliwymi analizami poszczególnych nacji (Japonii, Korei Południowej, Singapuru).


Nakład tej książki jest już wyczerpany w wydawnictwie, ale udało mi się ją jeszcze odszukać w zasobach internetowej taniej książki. Cóż uległam pokusie, tym bardziej, że cena naprawdę niska bo jedynie 6,50. W najbliższych dniach dojdzie do domu w Bydgoszczy.
Przy okazji zakupiliśmy dziesięć pozycji dla Ukochanego z dziedziny filozofii. O tych książkach napiszę jednak znacznie później, gdy będziemy już w domu.
Już prawie wszystkie nasze książki przesłaliśmy do Polski, niektóre jeszcze nie dotarły. Aby przesłać nasz zbiór musieliśmy się zgłosić do firmy kurierskiej działającej na terenie Anglii.
Początkowo próbowaliśmy wysyłać je pocztą, ceny jednak astronomiczne, a do tego jeszcze te ciągłe obawy czy wszystko dojdzie. Niestety zdarzyło nam się już niejednokrotnie, że wysyłane paczki nigdy nie docierały do adresatów, mieliśmy też i takie przypadki, że paczki były otwierane i przeszukiwane. Z jednej z ostatnio wysyłanych paczek przez mojego brata, ktoś na poczcie wyciągnął spódnicę. Na szczęście to , tylko spódnica... Obawialiśmy się jednak o losy książek, są one dla nas bezcenne i jeśli już płacę tak drogo to chcę mieć pewność,że wszystko dojdzie. Niestety pod tym względem w dzisiejszych czasach więcej zaufania można mieć do firmy kurierskiej niż do Poczty Polskiej, aż chce się powiedzieć: O TEMPORA O MORES.
Jest to, niestety bardzo smutne, a jednak prawdziwe.

Poetycznie

ZAWSZE TWIERDZIŁEM. JOSEF BRODSKI



Zawsze twierdziłem że los to zły kawał
Że po co ryba jeżeli jest kawior
Że z wszystkich stylów ostanie się gotyk
Bo stercząc nie naraża na kłujący dotyk
Siedzę przy oknie glony za nim mokną
Kochałem ludzi niewielu lecz mocno

Sądziłem że od lasu większe jest polano
Że po co całe dziewczę jeśli jest kolano
Że zaprószone pyłem z podkopów historii
Oko Rosji odpocznie na cyplach Estonii
Siedzę przy oknie umyłem naczynia
Szczęście już się skończyło nic się nie zaczyna

Sądziłem że w żarówce widać męki płócien
Że akt miłosny winien stworzyć własną mowę
Że wbrew Euklidesowi gdy coś zwężę w stożek
Nie tyle z tego zero ile chronos stworzę
Siedzę przy oknie wspominam dni młode
To się uśmiechnę to znów splunę na podłogę

Pisałem że liść każdy to pączka zniszczenie
Że w niewłaściwą glebę upadłszy nasienie
Nie puszcza pędów toteż łąka czy polana
Świadczy że się przyrodzie zdarzył grzech Onana
Siedzę przy oknie zaciskając wargi
Cień mój towarzysz na ścianie się garbi

Pieśni mojej motywu brakowało
Ale nie na chór jest pisana nie dziwię się wcale
Że mi w nagrodę za takie podarki
Nikt swoich nóżek nie kładzie na barki
Siedzę przy oknie morze stary raptus
Grzmi za storami i za świstem wiatru

Znając nasze dość niskogatunkowe czasy
Przybijam dumny stempel towar drugiej klasy
Na swe najlepsze myśli i niech jutro młode
Przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech
Siedzę w ciemności i nie gorsza pewno
Ciemność w pokoju niż ciemność na zewnątrz

(przełożył - Stanisław Barańczak)

środa, 7 stycznia 2009

Obdarowani.




Zostaliśmy hojnie obdarowani. Ja dostałam piękną, klasyczną torebkę LUIGI, Ukochany dostał kubek ze swoim znakiem zodiaku. Ten drugi kubek to, prezent dla mojego brata.
Wszyscy lubimy dostawać prezenty i dawać, pewnie większość z nas też strasznie lubi. Sama czasami nie wiem, co ja lubię bardziej?

Słodycze.




Dzisiaj mieliśmy przemiłego gościa, naszą przyjaciółkę z pracy, pochodzi ona z Filipin, ma przepiękny, radosny uśmiech i naprawdę przyjazną osobowość.
Zaprosiliśmy ją na prawdziwy polski obiad. Do klopsów mielonych dodałam ogórki konserwowe i buraczki czerwone.
Nasza przyjaciółka po raz pierwszy jadła ogórki konserwowe i była nimi zachwycona.
Do domu wróciła więc dzisiaj ze słoikiem, tego przysmaku.
To był bardzo dobry czas. Wszyscy bawiliśmy się do sytości.

wtorek, 6 stycznia 2009

LIST


List Tadeusza Różewicza, lata 70.
List Tadeusza Różewicza, lata 70.

Popiół i wiatr. Książka nie tylko dla mężczyzn.

Zdjęcie: Książka

Najnowsza książka Jurewicza jest melancholijnym pamiętnikiem, a może nawet autobiografią, tyle że nietypową, bo – niczym w kolażu – utworzoną z misternie dobranych elementów: wspomnień, opowieści, wierszy oraz wypisków z „Osobistego Elementarza”. Jurewicz sięga do najgłębszych pokładów pamięci: pierwszego doświadczenia strachu, samotności, miłości oraz śmierci bliskich osób. I choć reminiscencje z lat dzieciństwa potrafią sprawiać ból, uparcie i po omacku – bo czasem nie sposób odróżnić prawdy od fikcji, przeszłości od teraźniejszości – podejmuje trud wędrówki po labiryncie pamięci i literatury, wiedząc, co czeka u jego wyjścia. Na końcu drogi jest samotność, przed którą ratuje jeszcze alkohol, oraz śmierć, która kładzie kres wszystkiemu. Wspomnienia, niczym popiół na wietrze, ulatują i giną. To o czym zapominamy – przepada na zawsze.

Aleksander Jurewicz

Popiół i wiatr


Seria: Wiek męski
ISBN: 83-7453-620-9
Rok wydania: 2005
Informacja:
format 135×204 mm
oprawa twarda z obwolutą

Filozof w oczach przyjaciela.

Zdjęcie: Książka

Zapiski o Nietzschem, sporządzone przez Franza Overbecka w ostatnich latach życia, to jedno z najciekawszych źródeł do bibliografii autora Wiedzy radosnej. Wyszły bowiem spod ręki nie tylko bliskiego przyjaciela, ale i uważnego obserwatora, który dziś zresztą sam odkrywany jest na nowo jako jeden z ciekawszych myślicieli epoki.

Gdy w 1870 roku 33 – letni wówczas teolog Franz Overbeck przybywa do Bazylei jako wykładowca tamtejszego uniwersytetu, wynajmuje mieszkanie w kamienicy przy Schϋtzengraben 45, w której mieszka młodszy odeń o siedem lat profesor wydziału filologicznego Friedrich Nietzsche. To początek ich długotrwałej przyjaźni. Overbeck będzie, jak napisze później Stefan Zweig, „jedynym stałym punktem w chwiejnej egzystencji Nietzschego”, „najwierniejszym z wiernych”, „poczmistrzem”, „bankierem”, „lekarzem” i „wiecznym pocieszycielem”.

W pamięci mam jeszcze zapach Włoch.

Szczuciński Adam "Włoskie miniatury"

Anna Piwkowska pisze w Nowych Książkach: Włochy, to temat dla poetów, prozaików, eseistów równie niebezpieczny jak miłość i śmierć. Czasami te trzy elementy udaje się nawet połączyć w harmonijną całość, ale tylko największym. Ot, choćby przypadek Tomasza Manna i jego Śmierci w Wenecji. Dlatego włoska trylogia "Zeszytów Literackich" o podróżowaniu po Włoszech, zarówno w przestrzeni geograficznej jak duchowej, jest godna szczególnej uwagi. Dobrze pomyślana, bo rozpoczyna ją klasyczna, piękna książka Pawła Muratowa, potem o swoich Włoszech opowiada Wojciech Karpiński, opisując nie tylko zabytki ale historię miast-państw oraz myśl polityczną m.in. Machiavellego, Gramsciego czy Caffiego, a serię w tej chwili zamyka książeczka Adama Szczucińskiego.
Włoskie miniatury, młodego lekarza obdarzonego wybitną wrażliwością i literackim słuchem uwiodły mnie grą wyobraźni, przeplatania się jawy i snu. I to właśnie u Szczucińskiego pojawia się ten uparty i trudny motyw: Włochy, miłość i śmierć. Sam autor przyznaje, że jego wspomnienia z Włoch to "zapiski na marginesach cudzych dzieł". Przewijają się tu myśli Goethego, Muratowa, Achmatowej, Brodskiego, Hertza, Camusa i innych wielkich duchów. Autor odwiedza groby: Josifa Brodskiego, Gustawa Herlinga Grudzińskiego, Tomasiego di Lampedusy. Rozmawia z umarłymi. Spotyka umarłych. W poezji? We śnie? W Wenecji czyta wiersze Brodskiego i cytuje jego elegię Spotkanie we śnie o tym, że śmierć nie kończy wszystkiego. I sam wyznaje: "Czasami widzę go jak wchodzi po schodach. Te schody skrzypią. Potem wszystko znika".
Książka zbudowana jest z krótkich migawek. Jak wiersze lub fotografie. Tom rozpoczyna dwustronicowy opis wyspy umarłych San Michele. I motto z Krynickiego: "Jaszczurka migocąca wśród bluszczów i cierni/przywiodła mnie do ciebie na wyspę umarłych". Szczuciński fantastycznie buduje nastrój. W jego zapiskach jest prawda, świeżość, wzruszenie. Jest także ból. Bo piękno wywołuje w nas ból. Są u Szczucińskiego dwie stronice o Florencji właśnie pod tytułem Ból. Z własnym bólem wobec piękna Florencji autor radzi sobie przywołując słowa Bobkowskiego: "Piękno może być tak samo trudne do zniesienia jak ból. Można je znosić tylko do pewnej granicy, przeżywać do pewnej głębokości. I potem mdleje się wewnętrznie". Można powiedzieć, że podróż Szczucińskiego po Włoszech to podróż poprzez literaturę, opowieść złożona z cytatów. Sam autor przyznaje, że nie wie, co zrobiłby bez tych wszystkich książek. O ile uboższe byłoby życie, o ile straszniejsza otchłań, pisze. Cieszy mnie ta podróż i wiem na pewno, że książka Szczucińskiego będzie mi towarzyszyła w moich własnych podróżach do Włoch. Czasami dobrze przypomnieć sobie piękne i głębokie myśli, zachwycić się cudzym olśnieniem.
Adam Szczuciński starannie dobiera proporcje. Cytaty, fakty i jego własne myśli, sny, wspomnienia dotyczące Włoch, tworzą harmonijną całość. Przejmujące są opisy śmierci z polskiego szpitala. Nie ma już Włoch. Jest ludzkie cierpienie i śmierć opisywana nader realistycznie. Ale, jak się okazuje, Włochy są wszędzie. Chory, przywieziony na oddział ratunkowy szpitala leżał w sali numer dziewięć. Szczuciński opisuje, jak na stoliku przy łóżku rudobrodego starca zobaczył starą wenecką pocztówkę przedstawiającą Most Westchnień. Wymienili kilka słów. "Droga do więzienia?" - powiedział lekarz do chorego wskazując pocztówkę. "Miłość to więzienie?" - odrzekł niejasno tamten. Tydzień później chory już nie żył. Szczuciński pisze, że tego lata nie pojechał do Włoch. Dopiero rok później zobaczył Wenecję. "Most Westchnień wisiał rozpięty nad kanałem jak skamieniałe skrzydło.Za grubym murem więzienia nory o wilgotnych posadzkach I rudy brodacz z podwiniętymi nogami, jakby klęczał w rogu ciemnej, dusznej Sali".
Ale we włoskich peregrynacjach Szczucińskiego miłość nie jest więzieniem. Miłość to piękno. Czuje się to nie tylko w jego opisach Włoch. Także w entuzjastycznej szczerości zdania: "W przedziale Asia próbowała zasnąć - wyglądała pięknie. Wracaliśmy z Mesyny, jakbyśmy wracali do domu".
Poprzednicy, a także przewodnicy Adama Szczucińskiego po Włoszech, Paweł Muratow i Wojciech Karpński, piszą o swoich przeżyciach inaczej. Obrazy Włoch Muratowa to wspaniały przewodnik po włoskiej kulturze z początku XX wieku. Znakomity rosyjski historyk sztuki, stworzył dzieło opisujące Włochy dokładnie i szczegółowo, właśnie trochę w stylu intelektualnego przewodnika. Są tu obrazy, które szczególnie zapadają w pamięć, jak choćby historia szwedzkiej królowej Krystyny, która przeszła na katolicyzm i wyrzekła się korony, aby spełnić swoje marzenie i zamieszkać w Rzymie.
U Wojciecha Karpińskiego Włochy stają się sposobem na to, aby oprzeć się teraźniejszości, nie pozwolić się jej pochwycić i uwięzić. A także coś jeszcze. Włochy pobudzają umysł i ducha, chronią człowieka przed gnuśnością, przed grzechem acedii. Podróżowanie po Włoszech jest, według słów autora, odnowieniem wrażliwości.
Ale ja jednak znowu wracam do Adama Szczucińskiego i jego miniatur. Otwieram książkę. Jesteśmy w Sienie. I znowu Włochy, miłość i śmierć. Dwa proste zdania: "Wieczorem razem z Asią odpoczywałem na campo. Byłem szczęśliwy, że tym razem nie będę musiał kłaść się spać samotnie, że tej nocy nie będę spał, jak pisał Camus, w jednym łóżku ze śmiercią". Nie, nie chcę popełniać grzechu niektórych współczesnych krytyków i zaburzać bez powodu hierarchii, porównując nastrój Włoskich miniatur do nastroju Śmierci w Wenecji. Ale mam taką pokusę.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

WIERSZ OD UKOCHANEGO

 nie umrzesz   



w kałamarzu wciąż zamknięte myśli
przycupnięte na dnie
otulone granatowym pledem
że ty nigdy nie umrzesz

napijemy się dobrego porto
kiedy wieczór wyskoczy czarnym kotem
na dachy pobliskich wspomnień
więc ty nigdy nie umrzesz

zapatrzymy się w jeziora zielone i szare
jakbyśmy wciąż młodzi byli
stuknie zegar na siwiutką kompletę
dlatego nigdy nie umrzesz

wsiądziemy do gwiezdnej łódki
oplecionej księżycowym jaśminem
odepchnę brzegu gościnne dłonie dumny
że ty nigdy nie umrzesz




Dla A. Northallerton 02.01.2OO9.



DZIĘKUJĘ CI UKOCHANY ZA TEN WIERSZ.PIĘKNY WIERSZ.

piątek, 2 stycznia 2009

Noworoczny zakup,oczywiście książkowy.

50 numerów na XXV-lecie

Od jakiegoś już czasu z wytęsknieniem spoglądałam na stronę sklepu ZESZYTÓW LITERACKICH, obiektem moich westchnień była pewna oferta promocyjna. Dzisiaj Ukochany namówił mnie, dał impuls do zamówienia owego obiektu westchnień.

50 numerów na XXV-lecie. Komplet zawiera numery od 50-100.
Bardzo się cieszę i jestem naprawdę podekscytowana. Zawsze podczytywałam Zeszyty w internecie lub w bibliotece, kiedyś udało mi się kupić parę numerów bardzo starych. W domu mam numer 36,39,46,47,49. Teraz ten nowy stosik znacznie mnie ubogaci.

UKOCHANY DZIĘKUJĘ CI BARDZO, GDYBY NIE TY CHYBA BYM SIĘ JEDNAK NIE ZDECYDOWAŁA.