czwartek, 31 lipca 2008

York raz jeszcze.Wczorajsza wizyta na zdjęciach.






CAMILLA CLAUDEL


JPG - 41.1 kb

6. Camille Claudel (1864-1943)
L’Âge mûr, c. 1893-1899
Bronze - 114 x 163 x 72 cm
Paris, Musée Rodin
Photo: Ch. Baraja/Musée Rodin
© ADAGP Paris, 2008

JPG - 30 kb
7. Camille Claudel (1864-1943)
Les Causeuses, 1895 (detail)
Plaster with broken fan -
114 x 163 x 72 cm
Paris, Musée Rodin
Photo: Ch. Baraja/Musée Rodin
© ADAGP Paris, 2008
JPG - 37.7 kb
8. Camille Claudel (1864-1943)
Wave, 1897 (détail)
Onyx and bronze on marble socle -
62 x 56 x 50 cm
Paris, Musée Rodin
Photo: Ch. Baraja/Musée Rodin
© ADAGP Paris, 2008
JPG - 32.5 kb
3. Camille Claudel (1864-1943)
The Waltz, 1899-1905
Bronze - 43.2 x 23 x 34.3 cm
Paris, Musée Rodin
Photo: Ch. Baraja/Musée Rodin
© ADAGP Paris, 2008

Camilla Claudel urodziła się w skromnej rodzinie. Jej młodszy brat Paul Claudel został znanym poetą i dyplomatą. Camille już w dzieciństwie postanowiła zostać rzeźbiarką. Studiowała na Académie Colarossi. Około 1884 zaczęła rzeźbić w pracowni Rodina. Została jego kochanką. Pragnęła z nim zostać, ale on nigdy nie opuścił swojej żony Rose Beuret. Zaszła z nim w ciążę. Jednak poroniła i zapadła na głęboką depresję. Claudel i Rodin mieli na siebie ogromny wpływ artystyczny. Mówiło się nawet, że to Rodin wzoruje się na pracach Claudel.

Od 1903 roku wystawiała swoje prace w Salonie Artystów Francuskich. Rzeźby Claudel były niezmiernie dynamiczne, wykonywane na ogół w kamieniu i brązie. Octave Mirabeau pisał o niej "Rewolta przeciw naturze! Kobieta-geniusz!". Prace takie, jak Walc (1893) czy Wiek dojrzały (1900) wydają się podobne do prac Rodina, ale są bardziej liryczne. Fala z 1897 roku to świadoma próba zerwania ze stylem Rodina. Sam przełom wieków to krótkich kilka lat jej sławy i powodzenia.

Od 1906 stan zdrowia Camille Claudel się pogarszał. Zapadła ona na chorobę psychiczną. W jej trakcie zniszczyła większość swoich rzeźb. W 1913 zmarł jej ojciec, o czym nie została zawiadomiona. Brat Paul ubezwłasnowolnił ją, w efekcie czego trafiła z inicjatywy matki do szpitala psychiatrycznego Ville-Évrard w Neuilly-sur-Marne, żeby wkrótce w obliczu przybliżającego się frontu wojennego zostać przeniesioną do zakładu zamkniętego w Montfavet koło Avignon (znanego wtedy jako Asile de Montdevergues; obecnie siedziba nowoczesnego szpitala psychiatrycznego Centre Hospitalier de Montfavet). Spędziła tam ostatnie trzydzieści lat swojego życia. Zniszczyły ją leki, a brat uznał ją za skończoną. Matka i siostra nigdy jej nie odwiedziły. Jej matka zawsze odmawiała na ponawiane zaproszenia lekarzy do wypisania jej córki ze szpitala na rzecz życia w domu. Nie mogła też Camille Claudel liczyć na pomoc Paula Claudela, który jednak odwiedzał ją co kilka lat - w późniejszych latach uchodził za "poetę chrześcijaństwa".

Camille Claudel była utalentowaną i piękną kobietą, nie docenioną za życia.

Poszukiwanie pasji,to sprawa nagląca.


„Niezwykli ludzie to tacy, którzy odkryli w sobie pasję i się jej oddali. A z drugiej strony rzeczywiście większość ludzi nie ma czasu rozwijać w sobie pasji albo nawet nie wpadają na pomysł, że mogliby robić to, o czym skrycie marzą najbardziej. A właśnie to nadałoby sens ich życiu, przyniosłoby im poczucie wartości, spełnienia i może nawet szczęście. Najprawdziwsze szczęście”.

Beata Pawlikowska, Blondynka u szamana

wtorek, 29 lipca 2008

Piękny film,polecam gorąco.



Hongkong 1962. Para głównych bohaterów wynajmuje mieszkanie w tej samej kamienicy. Oboje czują się osamotnieni, ponieważ ich współmałżonkowie są ciągle nieobecni. Zaczynają spędzać ze sobą coraz więcej czasu…

Spragnieni miłości to zmysłowa opowieść o niespełnionym uczuciu i pożądaniu, którego nie można zaspokoić. Reżyser ledwo sugeruje, że między bohaterami rodzi się namiętność. Film pełen jest subtelnych niedomówień, co zmusza widza, aby sam dopowiadał sobie historię. Nie ma tu dosłowności, są tylko przelotne spojrzenia, dotyk dłoni, niewypowiedziane pragnienia. Film rozgrywa się w półmrokach - na pogrążonych w deszczu ulicach, w zaciemnionych wnętrzach taksówek i ciasnych pokojach czynszowych kamienic. Przeważają welwetowe czernie i głębokie czerwienie. Kar-Wai ogranicza przestrzeń, filmując bohaterów w bliskich planach. Ruch kamery, która koncentruje się na twarzach aktorów jest minimalny. Dzięki temu tęsknota bohaterów za miłością staje się bardziej namacalna, a poczucie niespełnienia i smutku - jeszcze silniejsze. W Spragnionych miłości pobrzmiewa romantyczny fatalizm. Reżyser opowiada o niezrealizowanych marzeniach i zaprzepaszczonych szansach.

Wong Kar-Wai jawi się nam jako romantyk, który wierzy w hipnotyczną i zarazem niszczącą moc miłości. Pokazuje sytuację, w której dwie osoby nie mogą przyznać się do tego, że są w sobie zakochane. W Spragnionych miłości dominuje atmosfera tęsknoty i smutku. Ten najbardziej poetycki i zmysłowy ze wszystkich filmów Wong Kar-Wai'a urzeka nastrojowymi zdjęciami i sentymentalną muzyką.

Kar-Wai odchodzi w Spragnionych miłości od estetyki charakterystycznej dla jego poprzednich filmów. Widz nie znajdzie tu klasycznego rozwinięcia fabuły. Nie ma tu też szybkiego montażu i dynamicznych ruchów kamery. Malarsko zakomponowanie kadry potęgują hipnotyczny rytm narracji. Akcja Spragnionych miłości rozgrywa się w latach sześćdziesiątych, podobnie jak w Days of Being Wild z 1990 roku. Kar-Wai powrócił do tych lat, ponieważ ma do nich sentyment. Jak sam tłumaczy - pragnął pokazać Hongkong, który pamięta z dzieciństwa. Próbował oddać atmosferę miasta i tamtej epoki, przywołać czasy, które już nie wrócą.

Spragnieni miłości byli najlepiej przyjętym obrazem na festiwalu w Cannes w 2000 roku. W rankingu krytyków film został oceniony najwyżej, mimo że pokazano go ostatniego dnia festiwalu. Recenzenci we Francji i Wielkiej Brytanii przyjęli Spragnionych miłości z entuzjazmem, a publiczność gremialnie ruszyła do kin ( we Francji film zobaczyło dotychczas (ponad 800 tysięcy widzów).

Robić,to czegosię pragnie,żyć z tymi,których się naprawdę kocha.




Nie potrafię pogodzić się z tym, że człowiek rodzi się, by tracić całe swoje życie na pracy, która najczęściej polega na bezsensownym i monotonnym wykonywaniu tego samego.

Otar Iosseliani

W poniedziałek rano to najnowsza komedia Otara Iosselianiego, będąca ironicznym spojrzeniem na zmagania współczesnego człowieka z życiową rutyną. Na ubiegłorocznym festiwalu w Berlinie film ten został nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię i nagrodą krytyków (FIPRESCI).
W poniedziałek rano to pełna surrealistycznego humoru komedia, opowiadająca o człowieku, który pewnego dnia postanowił porzucić wszystko - dom, pracę, przyjaciół - i wyruszyć w świat, by odmienić swoje życie. Film Iosselianiego jest hymnem na cześć duchowej wolności i odwagi w poszukiwaniu szczęścia.
Każdego ranka, o 6:00 Vincent wstaje z łóżka i wyrusza do pracy. Coraz trudniej znieść mu rutynę codziennego życia i znaleźć czas na realizację marzeń. Pewnego dnia zamiast do pracy wyrusza w świat... Do Wenecji - miasta zakochanych, gondoli, złodziei kieszonkowych, ulicznych malarzy za pięć lirów i fałszywych arystokratów o podejrzanych rodowodach. Wśród urokliwej architektury w towarzystwie najróżniejszych dziwaków Vincent będzie próbował odnaleźć utracone szczęście...
Otar Iosseliani już nie raz udowodnił, że jest mistrzem w portretowaniu niepozornych ludzi, wtłoczonych w niewygodne ramy codziennego życia.
Ten wybitny gruziński reżyser, od ponad dwudziestu lat tworzący we Francji, w swoich filmach nawiązuje do najlepszych tradycji kina europejskiego. Pełną subtelnego humoru i ironii fabułę zapełnia galerią barwnych postaci i szczególną, słodko-gorzką atmosferą. Są w tym filmie obserwacje, które zdumiewają dowcipem i trafnością, są rewelacyjne skróty myślowe, które, właściwie w kilku kadrach, mówią wszystko.

poniedziałek, 28 lipca 2008

Mistrz słowa,coż..i tyle,a kto wrażliwy niech sam przeczyta.


Jak powinno być w niebie

 Jak powinno być w niebie wiem, bo tam bywałem.
U jego rzeki. Słysząc jego ptaki.
W jego sezonie: latem, zaraz po wschodzie słońca.
Zrywałem się i biegłem do moich tysiącznych prac,
A ogród był nadziemski, dany wyobraźni.
Życie spędziłem układając rytmiczne zaklęcia,
Tego co ze mną się działo nie bardzo świadomy
Ale dążąc, ścigając bez ustanku
Nazwę i formę. Myślę, że ruch krwi
Tam powinien być dalej triumfalnym ruchem
Wyższego, że tak powiem, stopnia. Że zapach lewkonii
I nasturcja i pszczoła i buczący trzmiel,
Czy sama ich esencja, mocniejsza niż tutaj,
Muszą tak samo wzywać do sedna, w sam środek
Za labiryntem rzeczy. Bo jakżeby umysł
Mógł zaprzestać pogoni, od Nieskończonego
Biorąc oczarowanie, dziwność, obietnicę?
Ale gdzie będzie ona, droga nam śmiertelność?
Gdzie czas, który nas niszczy i razem ocala?
To już za trudne dla mnie. Pokój wieczny
Nie mógłby mieć poranków i wieczorów.
A to już dostatecznie mówi przeciw niemu.
I zęby sobie na tym połamie teolog.

Piosenka o końcu świata

 W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Tak mało

 Tak mało powiedziałem.
Krótkie dni.
Krótkie dni,

Krótkie noce,
Krótkie lata.

Tak mało powiedziałem,
Nie zdążyłem.

Serce moje zmęczyło się
Zachwytem,
Rozpaczą,
Gorliwością,
Nadzieją.

Paszcza lewiatana
Zamyka się na mnie.

Nagi leżałem na brzegach
Bezludnych wysp.

Porwał mnie w otchłań ze sobą
Biały wieloryb świata.

I teraz nie wiem,
Co było prawdziwe.

Czesław Miłosz

Sama nawet nie wiem dlaczego ten obraz z tym akurat wierszem,ale wiem,wierzę w czułość.


Czułość

 Nie chcę cię dotknąć
Boję się
Boję się twego bólu
Chcę ci zostawić twą samotność
A swą obecność zmienić w czułość
Jesteśmy inni
Każde z nas
Ma swoje tajemnice ciemne
Kolczasty
Dziki
Suchy chwast
Nadzieje nadaremne
Spotkali się
Któryś tam raz
Śpiąca królewna ze ślepym królem
Chcę dać ci to
Co mogę dać
Czule
Czulej
Najczulej

JONASZ KOFTA

piątek, 25 lipca 2008

Ten wiersz natchnął mnie do myślenia na temat tego co lubię i czego nie lubię..

** Kocham życie. Nie kocham śmierci.
Jednakże kocham zwłaszcza to, co nieruchome.
(Kocham koty, nie kocham psów).
Kocham poczucie wieczności, stare
siedziby z prowincji z ich niezmiennym
wystrojem, te ciężkie welury
czerwone, niemodne od zawsze, mech
w alejach, karpie w fosach.

Kocham dalekie podróże koleją: Paryż
- Bukareszt, Nowy Jork-Los Angeles,
Istambuł-Teheran, Moskwa-Chabarowsk.
Lubię maszerować, przemierzać ulice
lub wioski. Lubię wilgotną i słodką jesień,
brązowe i lśniące od deszczu
liście, ich gruby, gąbczasty dywan na
drogach.
Nie lubię hałasu. Nie lubię agitacji.
Lubię piękne głosy. Nie cierpię wrzawy.
Lubię radosne tłumy. Nie lubię tego, co
podoba się tłumom. Nie dowierzam szerokim masom.
Lubię dni, w których czuję się bardziej
inteligentny, lepiej poinformowany, bardziej
przenikliwy.

Lubię czerwone wino.
Nie lubię scotcha. Kocham francuski język.
Kocham życie. Kocham literaturę.
Nie lubię… Wielokropek. Nie lubię myśleć
o tym, czego nie lubię.

Kocham, co ładne. Nie lubię szpetoty.
Lubię mówić to, co myślę, zwłaszcza gdy
się tego nie wypowiada.
Lubię znać reguły. Nie lubię ich przestrzegać.
Kocham ulice Nowego Jorku
i rozległy pejzaż zachodniej Ameryki.
Nie lubię wielkich słów.

(Alain Robbe-Grillet)

czwartek, 24 lipca 2008

Rilke


Rainer Maria Rilke

Z "NOWYCH WIERSZY"
Neue Gedichte, 1907

SKARGA DZIEWCZYNY
Mädchen-Klage

Skłonność tamta dawna wtedy,
gdyśmy wszyscy byli dziećmi,
by być samym, spokój niosła;
komu zaś się dłużył czas,
własną stronę taki miał,
własną bliskość, własną dal,
drogę, zwierzę albo obraz.

I myślałam sobie: życie
zawsze będzie tak obficie
darzyć samotnością szczęsną.
W sobie każdy jest największy!
Czy nie znajdę już pociechy,
by zrozumieć się jak dziecko?

Czuję się jak odrzucona,
i jak męka nieskończona
ta samotność dręczy mnie,
kiedy na mych piersi wzgórkach
me uczucie skrzydeł szuka
albo pragnie znaleźć kres.

Paryż, ok. 1.07.1906

PIEŚŃ MIŁOSNA
Liebes-Lied

Jak mógłbym duszę mą powściągać, aby
nie dotykała twojej? Jak ją w górę
nad ciebie wznieść ku innym rzeczom?
Ach, jakże ją przy czymś straconym chciałbym
przechować w mroku gdzieś daleko
na jakimś obcym cichym miejscu, które
nie wzlata wyżej, gdy wzlatują twoje głębie.
Lecz wszystko, co nas tyczy, mnie i ciebie,
zespala nas jak smyczka pociągnięcie,
co jeden głos z dwóch strun dobywa.
Na jakim my się rozpinamy instrumencie?
I jaki skrzypek nas w swej ręce niesie?
O, pieśń szczęśliwa.

(Poł. marca 1907)

KATEDRA
Die Kathedrale

W miasteczkach tych niewielkich, gdzie dokoła
jak kramy przykucają stare domy,
a ten kto nagle ujrzał ją, strwożony,
zamyka budy, niemo się przygląda,

okrzyki w rynku milkną, bębny cichną,
ku górze skłania swoje ucho chętne -
a ona stoi, opończą fałdzistą
swych starych przypór okryta niezmiennie,
i o tych domach w dole nie wie nic:

w miasteczkach tych niewielkich ujrzeć możesz,
jak ponad domy w otoczeniu tym
katedry rosły. Ich powstanie bowiem
nad wszystkim górowało, jak widzenie
własnego życia bliskość nazbyt wielka
przewyższa zawsze, jakby się nie działo
innego nic; jak gdyby przeznaczeniem
to było, co się w nich wypiętrza śmiało
i kamienieje, i na trwałe wiąże,
nie to zaś, co w uliczkach ciemnych w dole
przypadkiem imię jakiekolwiek bierze
i stroi się jak dzieci w czerwień, w zieleń
i jak tam kramarz się w fartuchu nosi.
A w tych posadach były narodziny,
i wielka siła, by się w górę wznieść,
i miłość wszędzie jak chleb i jak wino,
i u portali głos miłosnej skargi.
W biciu zegarów życie nie spieszyło,
a w biegu wież, co pełne rezygnacji
nie chciały nagle rosnąć, była śmierć.

Paryż, ok. 1.07.1906

środa, 23 lipca 2008

Poruszajacy film.


Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.
Antoine de Saint-Exupéry "Mały Książę"


Te słowa Lisa tłumaczącego Małemu Księciu, na czym polega istota przyjaźni, to motto nowego filmu Claude’a Berri’ego Po prostu razem. Filmu o ludziach, których chciałoby się spotkać i pokochać.
Claude Berri przeniósł na ekran bestsellerową powieść Anny Gavaldy. Książkę francuskiej pisarki w samej Francji kupiło ponad siedemset tysięcy osób. Dziś jest czytana w 32 krajach. A w niemieckim wydaniu opatrzono ją banderolą z napisem: „Świat Amelii”.

Rzeczywiście nad filmem unosi się duch Amelii - niezwykłej dziewczyny, która potrafi uszczęśliwiać innych. Podobna do niej jest Camille, introwertyczna bohaterka Po prostu razem, która pokonuje strach przed życiem i zmienia na lepsze siebie i swoje otoczenie. Przyglądanie się tej metamorfozie wzrusza i uwrażliwia, bo pozwala na nowo odkryć tajemnice ludzkich emocji. Film Berri’ego jest pełną czułości i melancholii humanistyczną opowieścią o tym, jak człowiek dorasta do przyjaźni, miłości i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Reżyser pokazuje, że złe rzeczy, które miały miejsce w przeszłości, nie znikają za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. By się z nimi uporać, potrzebny jest czas, wysiłek i drugi człowiek.

Film Berri’ego ma jeszcze tę zaletę, że w melancholijny, ale i pełen czułości sposób rysuje więź łączącą starą, żegnającą się z życiem kobietę z młodymi ludźmi: wnukiem, jego przyjacielem i narzeczoną. Miłość, zrozumienie, troska, opieka – to najlepsze, co człowiek może dać drugiemu człowiekowi. I o tym przypomina Berri w swoim poruszającym filmie.

Film o swiecie kobiet w ambitnym wydaniu.


Karmel przypomina najlepsze dokonania Pedro Almodóvara. Od hiszpańskiego mistrza młoda libańska reżyserka, Nadine Labaki, przejęła umiejętność pokazywania barwnego świata kobiecych relacji.

Kobiety najlepiej obserwować w miejscu, w którym czują się swobodne i są skore do najintymniejszych zwierzeń. Wiedząc o tym, Nadine Labaki stworzyła czarujący film o pięciu przyjaciółkach w różnym wieku, które zawsze spotykają się w salonie piękności w centrum Bejrutu. Barwny świat pełnokrwistych kobiecych postaci odsłaniających swoje sekrety przykuwa uwagę i fascynuje. Jest w nim oczywiście miejsce na pogawędki o seksie i problemach z mężczyznami, ale także na osobiste rozmowy o religii, niełatwych relacjach z bliskimi, poważnych problemach. Te kobiety potrafią się wspierać i pomagają sobie w najtrudniejszych sytuacjach – na tym polega ich siła.
„Podgrzej cukier!”, to polecenie może pochodzić z ust chirurga lub… kochanka. Jeśli słodką, lepką, nałożoną pieszczotliwie substancję, zedrzesz jednym ruchem, poczujesz, jakby ktoś wymierzył ci policzek. Stare, babskie porzekadło mówi: „Chcesz być piękna, musisz cierpieć”. Odnosi się ono także do mieszkanek Bejrutu. Przyjemność ma przecież swoją cenę.

W znakomitym, emocjonalnym debiucie Nadine Labaki – który stał się hitem tegorocznego Festiwalu Filmowego w Cannes – reżyserka z gorącej, słodkiej papki używanej do depilacji uczyniła pewien symbol: przenikania się przyjemności i bólu, słodyczy i cierpienia. Osadzony w bejruckim salonie piękności film Karmel łączy w jedną opowieść historie pięciu kobiet. Nisrine (Yasmine Elmasri) ma za chwilę poślubić konserwatywnego Muzułmanina, ale od dawna nie jest już dziewicą. Jamale (Gisele Aouad), aktorka, za wszelką cenę stara się zatrzymać czas. Rima (Joanna Mkarzel) – tłumi w sobie pociąg do kobiet, aż któregoś dnia kobieta z jej marzeń wchodzi do salonu piękności, w którym Rima pomaga. Rose (Sihame Haddad) odrzuca zaloty starszego gentlemana, by dalej opiekować się starszą siostrą. I Layale (Nadine Labaki), energiczna właścicielka salonu, dzięki której wszystko się kręci, wplątana w beznadziejny – choć fragmentami niezwykle satysfakcjonujący – związek z żonatym mężczyzną.

Labaki w roli Layale wnosi na ekran energię, humor i ogromne ciepło. Jako aktorka jest doskonała. Jako reżyserka stworzyła wspaniały wizualnie film, wzbogacając widok salonu wspaniale przemyślanymi kompozycjami z atmosferą jak z Wong Kar-Wai’a.

Karmel to nowy gatunek filmu wprost z Libanu. Pomija kwestie wojny, polityki i odwołuje się do uniwersalnych, wspólnych wszystkim ludziom prawd o miłości i namiętności. W filmie jasno widać, że libańskie kobiety odnajdują w sobie siłę. Skoro Nisrin musi stać się na nowo dziewicą, znajdzie na to sposób. Jeśli Layale potrzebuje wolnego, dobrego mężczyzny, to może ten pojawi się za chwilę obok niej. A jeśli będzie trzeba rozwiązać problem kosmetyczny, one zaraz rozgrzeją cukier!

Libańskie kobiety, jak wszystkie arabskie kobiety, są pełne pasji i silnego temperamentu. Nie chcą jednak dramatyzować i pozwalać na to, by ogarnął je smutek. Ich sposobem na obronę samych siebie jest drwina ze wszystkiego, z siebie również.Karmel nie jest tylko egzotyczną, perską baśnią snutą przez współczesną Szecherezadę, ale także głosem z patriarchalnego świata, w którym opinie kobiet zwykle nie są słyszalne. Dlatego warto przyjrzeć się pięciu bohaterkom Karmelu i posłuchać, co ciekawego mają do powiedzenia o sobie i otaczającym je świecie, często pełnym hipokryzji i wydumanych barier społecznych. Ich głosy brzmią interesująco i są warte uwagi. Choć tytuł filmu mógłby sugerować samą słodycz, to w rzeczywistości jego smak jest słodko-gorzki.

video

wtorek, 22 lipca 2008

Wiek umiaru- Simone de Beauvoir

  • „ – Jest pani taka młoda! – dodała. Często słyszę te słowa, pochlebiają mi. Nagle jednak to powiedzenie rozdrażniło mnie. Jest to dwuznaczny komplement, który zapowiada trudne dni. Zachować siły witalne, wesołe usposobienie, sprawność umysłową – znaczy pozostać młodym. A zatem, ze starością muszą iść w parze rutyna, zgryźliwość, starcze zdziecinnienie. Nie jestem młoda, dobrze się trzymam, to coś zupełnie innego. Jestem więc dobrze zakonserwowana i być może skończona."

  • „Nie wolno przesądzać o przyszłości. Łatwo mówić. Teraz ją widziałam. Ciągnęła się przede mną jak okiem sięgnąć, płaska, goła. Ani jednego projektu, ani jednego pragnienia. Nie będę więcej pisać. Co zatem będę robić? Jaka wielka pustka we mnie, wokół mnie. Jestem niepotrzebna. Grecy nazywali swych starców trutnikami. „Niepotrzebny truteń” – mówi o sobie Hekuba w Trojankach. To o mnie chodzi. Czułam się jak rażona gromem. Zastanawiam się, jak ludziom udaje się jeszcze żyć, kiedy już niczego się po siebie nie spodziewają.”

  • „To straszne – powiedziałabym; wręcz niesprawiedliwe – że może on upływać tak szybko, a zarazem tak powoli. Przekraczałam próg liceum w Bourg niemal równie młoda co moi uczniowie, patrzyłam z rozczuleniem na starych profesorów o siwych włosach. I ani się obejrzałam, a sama zostałam starą profesorką, potem zamknęły się drzwi liceum. Przez długi czas moje kolejne klasy dawały mi złudzenie, że mam wciąż tyle samo lat. Na każdym rozpoczęciu roku szkolnego widziałam uczniów niezmiennie młodych i łudziłam się tą niezmiennością. Na oceanie czasu byłam skałą, o którą biją coraz nowe fale, a która tkwi w miejscu i nie ulega zniszczeniu. A oto nagle przypływ porywa mnie i będzie niósł, aż osiądę na mieliźnie śmierci. W tragiczny sposób moje życie płynie coraz szybciej. A przecież w tej chwili sączy się wolno, kropla po kropli – godzina za godziną, minuta za minuta[...] Dziwny rozłam między tymi dwoma rytmami. Dni uciekają mi galopem, a każdy dzień z osobna zda się wlec w nieskończoność. Pozostała mi jedyna nadzieja: Andrzej. Ale czy będzie w stanie wypełnić tę pustkę? Na jakim znajdowaliśmy się etapie? A przede wszystkim czym byliśmy jedno są drugiego w tym naszym życiu, jakie zwie się wspólnym?”

  • „ Telefon nie zbliża, utwierdza w poczuciu dystansu. Nie jest się we dwoje, jak w czasie rozmowy, ponieważ nie widzi się siebie nawzajem. Nie jest się samym, jak przed kartką papieru, która, choć piszemy do kogoś, pozwala nam mówić z samym sobą, pozwala dociekać, odkryć prawdę.”

Opowieść o tym jak doroślejemy na łonie rodziny.


Właśnie przeczytałam powieść Dehnela.Powieść mnie wciągnęła w swój świat od pierwszych strony,co było tym razem bardzo dobrą wróżbą.Polecam gorąco do czytania.

Jacek Dehnel

W.A.B., Warszawa

Jacek Dehnel (ur. 1980) debiutował jako nastolatek skromnym zbiorkiem opowiadań, po którym ślad zaginął. Na dobre pojawił się na scenie literackiej przed kilkoma laty, silnie zaznaczając swoją odrębność. Nie tylko stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych i najwyżej cenionych ( Nagroda Kościelskich) poetów młodego pokolenia, ale i kimś, o kogo uwielbiają spierać się krytycy poezji. Spór ten nie dotyczy rangi artystycznej młodzieńczego dzieła Dehnela; nikt nie kwestionuje jego talentu czy sprawności warsztatowej. Przedmiotem polemiki jest forma poetycka - ostentacyjnie staroświecka, parnasistowska, przeestetyzowana, na granicy manieryczności, lecz zarazem porywająca, pełna zadziwiającej wirtuozerii, a nade wszystko wyrazista. Czy to genialna symulacja archaicznego repertuaru, czy też czysty głos wysokiej poezji?

Trudno przewidzieć, czy o pierwszą powieść Jacka Dehnela również pokłócą się krytycy. O wyjściowy konsensus można być spokojnym: "Lala" to dzieło nietuzinkowe. Taką dojrzałością stylu, świadomością formy niewielu się może poszczycić.

Tytułowa Lala to babcia pisarza, urodzona w 1919 roku w Kielcach. On sam wszedł w rolę nadrzędnego narratora i - co ważne - w powieści pojawia się pod swoim imieniem. Opowiada nam historię tej wspaniałej kobiety splecioną z losami jej przyjaciół oraz dalszych i bliższych krewnych. Tę rozgałęzioną, dygresyjną opowieść familijno-towarzyską zaludnioną przez dziesiątki osób można by roboczo nazwać: z dziejów ziemiaństwa polskiego.

Mimo że podana w formie anegdotycznej saga rodzinna, której centralną figurą jest Helena Bieniecka (z powodu zachwycającej urody zwana Lalą), nie jest fabułą szczególnie porywającą. Dworki, majątki, narodziny i upadki fortun, zagraniczne podróże, międzynarodowe koneksje, rodowe srebra, arystokratyczne pretensje, ekscentryczne stryjenki, mezalianse, wujowie dziwacy lub hazardziści - wszystko to znamy z książek lub skądinąd. Nawet to, że w malownicze scenki z życia "lepszych sfer" raz po raz wdzierają się dziejowe kataklizmy, rewolucje i wojny światowe, nie zmienia charakteru Dehnelowej opowieści o minionym świecie. To powtórzenie, stereotyp, typowość. Ot, "Polskie drogi" numer któryś tam.

Ale też nie jest szczególnie istotne, co nam pisarz mówi o swoich ziemiańskich przodkach, lecz dlaczego to czyni i z jakimi trudnościami się zmaga. Obie kwestie niezmiernie intrygują, choć ta druga chyba bardziej, więc od niej zacznę.

Przede wszystkim narrator (Jacek, częściej: Jacuś) nie jest opowiadaczem naiwnym. Wielokrotnie powiadamia nas, że jego opowieść jest tylko ułomną, niespójną rekonstrukcją. Wszak osobowym źródłem informacji o ziemiańskiej Atlantydzie jest stara kobieta, która bez ładu i składu opowiada wnukowi urocze anegdotki z zamierzchłej epoki, a ten skrzętnie je notuje. Tyle że babka zapada na zdrowiu, dziecinnieje (tytułowe imię staje się mniej sympatyczne), stopniowo gaśnie. W pewnym momencie zrozpaczony narrator notuje: "Tę historię opowiem już za babcię. Coraz więcej opowiadam za babcię. Wszystko się rozsypuje, rozmywa, rozchodzi w strzępy. ( ) Z czasem zaczęły znikać całe opowieści, albo, co gorsza, jedne historie mieszały się z innymi".

Nie chce przesadnie interweniować. Wiąże zerwane nici lub samodzielnie dopowiada wątki tylko w takim zakresie, w jakim jest to konieczne - żeby biografia Lali była w ogóle czytelna. Skąd o tym wiemy? Sam o tym mówi. Rodzinny i zarazem środowiskowy (by nie powiedzieć - klasowy) mit interesuje go w takim samym stopniu jak metody i warunki konstytuowania się opowieści. To sytuacja wyjątkowa. Starsi od Dehnela o jedno lub dwa pokolenia pisarze rozmiłowani w prozie mitograficznej przyzwyczaili nas do uniku na tym polu. Bałamutnie próbowali nas przekonać, że bez najmniejszych przeszkód komunikują się z odległą w czasie rzeczywistością.

Odpowiedź na pytanie, skąd się wzięła ta powieść, wcale nie jest prosta. Na pewno z bezgranicznej miłości do babci, z podziwu dla jej mądrości i dobroci. Dehnel napisał za nią pamiętnik nie tylko dlatego, że jego antenatka na tę księgę zasłużyła, ale również dlatego, że w ten sposób spłacił dług. Wszak to ona wprowadziła go w kulturę, w świat wartości nie tylko artystycznych. W dużej mierze dzięki niej Dehnel zbudował własną tożsamość, dowiedział się, że nie wypadł sroce spod ogona, że dysponuje imponującym kapitałem kulturowym, dziedzictwem, z którego może być dumny.

Najsmaczniejsze w "Lali" jest zderzenie konwencji - biografia babki przełamuje się w autobiografię Dehnela, bildungsroman mówiący o tym, co ukształtowało autora, wdziera się w epopeję o rodowodach polskich inteligentów. Przecież pisarz nie byłby sobą, gdyby w swojej debiutanckiej powieści nie zatroszczył się o siebie.

Po pierwsze, "Lala" wyjaśnia, jak doszło do tego, że Jacek Dehnel stał się przybyszem z innej epoki - klasycyzującym poetą, malarzem i znawcą sztuki, młodym dżentelmenem o nienagannych manierach, odzianym w surdut, z laseczką w dłoni i cylindrem na głowie. Nigdy bym sobie nie pozwolił na komentowanie powierzchowności artysty z krwi i kości, gdyby nie to, że dzięki "Lali" dowiedzieliśmy się, iż nie jest to pretensjonalna kreacja (wybór), lecz los rozumiany deterministycznie (konieczność). Jeżeli w wieku bez mała niemowlęcym Jacuś wsłuchiwał się w mity greckie opowiadane przez babcię, a w wieku wczesnoszkolnym dyskutował z nią o Flaubercie i Stendhalu, słuchał wyłącznie muzyki klasycznej, nigdy nie wychodził na podwórko, nie miał tzw. normalnego dzieciństwa - to trudno się czemukolwiek dziwić.

Po drugie, daje do myślenia to, iż Dehnel przedstawił wyłącznie genealogię po kądzieli (babka jest oczywiście matką matki, notabene wymownie nieobecnej matki). Linii męskiej pisarz poświęcił bodaj trzy zdania. Byłaby więc "Lala" zawoalowanym ojcobójstwem? Tego rzecz jasna nie wiem. Domyślam się natomiast, że w powieści Dehnel opisał także swoje kłopoty ze światem kobiecym. Przez długie lata pozostawał pod ogromnym wpływem starej kobiety o mocnej osobowości, której wszelako nie mógł objąć pożądaniem. Pod koniec życia Lali stał się jej pielęgniarzem, zetknął się więc z cielesnością w stanie rozpadu - znów, a właściwie zwłaszcza wtedy poza libido.

Trzymając się myśli, że "Lala" jest między innymi powieścią o dorastaniu, nie sposób nie odnieść się do rozterki: czy to opowieść o szczęśliwym, czy nieszczęśliwym dzieciństwie? Kultura wysoka i barwna przeszłość, w której mentalnie zamieszkał młodziutki Dehnel, odcięły go od normalnego świata. Wnuk wiele zyskał, ale równie wiele stracił. Aby móc przebywać w świecie babci, musiał stać się duchowym starcem, po prostu swoim dziadkiem, a więc dziwakiem.(za Gazeta Wyborcza,Dariusz Nowacki).

Spacer.





Dzisiejszy dzień zaskoczył nas niebywale słoneczną pogodą,więc wybraliśmy się na długi trzygodzinny spacer.Nareszcie ciepło,które rozpieszcza.Widoki,które cieszą,trochę zdjęć zrobiliśmy na upamiętnienie tej mini wycieczki.

poniedziałek, 21 lipca 2008

Cudowny kot,oj jak z marzeń.

Kertesz,moje czytelnicze wyzwanie.


- Dossier K. Co to za książka?
- To wywiad.
- Kolejny zwykły wywiad?
- Nie taki zwykły. Powiedzmy, że to autobiografia na dwa głosy.
- Monolog wewnętrzny?
- Raczej uzewnętrzniony dialog. Imre Kertész wypytuje Imre Kertésza, dlatego znajdziesz tam pytania, których nikt inny by nie zadał i odpowiedzi, których nikt inny by nie usłyszał.
- Ciekawe... O czym rozmawiają?
- O napisanych, nienapisanych, przetłumaczonych i przeczytanych książkach, o życiu przed wojną i po wojnie, o komunizmie, o rodzinie, sensie życia, wreszcie o Zagładzie i o tym, dlaczego Kertész nigdy nie przestaje myśleć o Auschwitz. Trudno byłoby wymyślić temat, którego nie poruszają.
- Dobrze się to czyta?
- Znakomicie. Jeśli znasz prozę Kertésza, to znajdziesz do niej wiele odniesień. Jeśli nie znasz, to ta książka jest do niej świetnym wprowadzeniem.


Rozmowy, jakie przeprowadził ze mną mój przyjaciel i redaktor Zoltan Hafner w latach 2003/2004 z myślą o tak zwanym „ogólnym” wywiadzie, nagrano na tuzin taśm magnetofonowych. Dossier ze spisanym i zredagowanym tekstem dotarło do mnie w hotelu w Gstaad, małym szwajcarskim mieście. Kiedy przeczytałem pierwsze zdania, odłożyłem manuskrypt na bok i, by tak rzec, mimowolnie otworzyłem laptopa... Tak powstała jedyna z moich książek, do której napisania skłonił mnie raczej zewnętrzny impuls niż wewnętrzna pobudka: regularna autobiografia. Jednakże zgodnie z propozycją Nietzschego, który wywodzi powieść z dialogów platońskich, czytelnik dostaje do rąk właściwie powieść.
fragment książki

Dossier K. to wzorcowy przykład tego, jak powinno się przeprowadzać wywiad. Ta książka to dialog. Kertész, który pyta, ma świetne wyczucie, kiedy drążyć temat, a kiedy odpuścić Kertészowi, który odpowiada. Dossier K. powinno stać się lekturą obowiązkową na wszelkiego rodzaju studiach dziennikarskich.
Süddeutsche Zeitung

sobota, 19 lipca 2008

******************


"Pisać znaczy otwierać się aż do nadmiaru... Dlatego gdy się pisze, nie można być nigdy dostatecznie samotnym, nie można mieć nigdy wokół siebie dość milczenia, noc jest jeszcze za mało nocą".

Fragment znanego listu Franza Kafki do Felicji Bauer, tutaj cytowany za Herlingowym "Dziennikiem pisanym nocą".

piątek, 18 lipca 2008

Ja,to znaczy kto...?a może ja to ktoś zupełnie inny niż ja.

"Podczas jedzenia przyglądałem się swojemu odbiciu w lustrze nad lodówką. W ostatnich tygodniach nie odbywałem nawet najważniejszego treningu - treningu mięśni twarzy. Klown, którego głównym efektem jest jego nieruchoma twarz, musi starannie pracować nad ruchliwością jej mięśni. Dawniej przed rozpoczęciem treningu wyciągałem zawsze język na całą długość, żeby odczuć najpierw własną bliskość, zanim stanę się sobie obcy. Później zaniechałem tego i nie stosując żadnych tricków patrzyłem sobie w twarz co dzień pół godziny, aż przestawałem w ogóle istnieć. Ponieważ nie mam skłonności do narcyzmu, często byłem bliski obłędu. Po prostu zapominałem, że widzę w lustrze własną twarz, po skończonym treningu odwracałem lusterko i kiedy potem w ciągu dnia przypadkiem spoglądałem w jakieś lustro, byłem przerażony: w mojej łazience czy w ubikacji stał jakiś zupełnie obcy facet, nie wiedziałem, czy poważny, czy śmieszny, blady, długonosy upiór - i jak mogłem najprędzej biegłem do Marii, żeby zobaczyć siebie w jej twarzy. Od czasu odejścia Marii nie mogę przeprowadzać treningu twarzy: boję się, że zwariuję. Po treningu zawsze podchodziłem do Marii tak blisko, że odnajdywałem się w jej oczach: mikroskopijne, trochę zniekształcone, ale dające się rozpoznać odbicie. Byłem sobą, a jednak tym kimś, kogo bałem się w lustrze. W jaki sposób mogłem wytłumaczyć Zohnererowi, że bez Marii nie mogę trenować przed lustrem? Obserwowanie siebie podczas jedzenia było tylko smutne, ale nie przerażające. [...] Lustro potwierdzało mi rzeczy tak wzruszające jak pusty talerz, zmniejszającą się kromkę chleba, trochę usmarowane usta, które otarłem rękawem. Nie trenowałem. Nie było nikogo, kto by mnie wyciągnął z powrotem z lustra. Wolno poszedłem do pokoju".
Heinrich Böll, "Zwierzenia klowna", tłum. T. Jętkiewicz, Czytelnik, Warszawa 1968, s. 212-213.

Piękno ruchu,uczta dla oka...






Mało kto wie jak bardzo mnie zawsze urzekał balet,ach...to odwieczna tęsknota serca.

Niebo nad naszym domem.


Widoki wypatrzył a może raczej upolował Ukochany.

Wino,chleb,orzechy i salami...piękno smakowitości.

Giacomo Ceruti (1750-1760)

Gorąco polecam,filozofia,która może być dostępna dla każdego.





Lew Szestow

Na szalach Hioba

Duchowe wędrówki

Przekład: Jacek Chmielewski

Fundacja Aletheia

Na książkę Na szalach Hioba składają się prace Lwa Szestowa powstałe w latach 1920-1926. W tym właśnie czasie ukształtowała się "refleksja biblijna" filozofa, najciekawsza i najbardziej znana część jego dorobku. Podobnie jak inne dzieła z tego okresu, również i to charakteryzuje się swobodną strukturą, właściwą antysystemowej myśli Szestowa. Zawarte są w nim zarówno znakomite eseje filozoficzne (swoisty "manifest" - Nauka i swobodne poszukiwanie, teksty poświęcone Spinozie, Pascalowi, Plotynowi i Husserlowi), jak i interesujące interpretacje filozoficzne twórczości Dostojewskiego i Tołstoja oraz obszerna część "fragmentów i miniatur" - w aforystycznym stylu najwyższej próby. Wydaje się, że myśl Szestowa nabiera szczególnego znaczenia w świecie współczesnym, w którym podjęto krytyczny namysł nad historią Europy i jej kulturą.

czwartek, 17 lipca 2008

ze wstępu mały fragment dla zachęty bo książka wartościowa.


Przed Pierwszym Dalajlamą
Kaczen Jesze Gjalcen, guru Ósmego Dalajlamy, jest autorem romantycznej wersji mitu o pochodzeniu Tybetańczyków jako narodu. Pisze on:
Bodhisattwa Awalokiteśwara spojrzał na Tybet ze swojej boskiej siedziby. W Ngari, zachodnim rejonie Tybetu, ujrzał piękne góry, pełne jeleni, antylop i kozłów śnieżnych. Patrząc na południowy wschód, na Cang, zobaczył łagodne wzgórza i pastwiska, pełne jeleni i małp. Na wschodzie, w Kham i Amdo, jego oczom ukazały się trawiaste równiny i gęste lasy, pełne wszelkiego rodzaju naczelnych.
Lecz ujrzał on, że stworzenia nie żyły tam w pokoju, zmieniając tę piękną scenerię w krainę pełną piekielnych cierpień. Wysłał zatem tysiąc emanacji, które narodziły się w tej krainie pod postaciami różnych zwierząt i nauczyły jej mieszkańców życia w pokoju i harmonii, zmieniając ją w niebiański ogród.
Kiedy w ten sposób dojrzały zewnętrzne warunki, Awalokiteśwara narodził się pod postacią małpy. Wówczas spotkał straszliwą śnieżną istotę, będącą emanacją bogini Tary. Połączyli się, a zrodzone z tego związku potomstwo było pierwszymi istotami ludzkimi. Każda z nich miała inny kolor skóry i szybko mnożyły się, wkrótce zaludniając całą krainę.
Zgodnie z opowieścią, potomstwo małpy i przerażającej śnieżnej istoty dało początek sześciu pierwotnym plemionom Tybetu, z których wyłoniło się później osiemnaście plemion zamieszkujących ten kraj w starożytności. Małpa była emanacją Awalokiteśwary, bodhisattwy współczucia, a śnieżna istota emanacją Tary, bodhisattwy oświeconego działania. Góra, na której miało miejsce ich zjednoczenie, wciąż jest celem pielgrzymek Tybetańczyków. Na jej szczycie stoją dwa kamienie nagrobne, poświęcone tym dwojgu protoplastom narodu tybetańskiego.
Choć Kaczen Jesze Gjalcen pisał te słowa pod koniec osiemnastego wieku, to mit, na którym się opierał, wywodzi się jeszcze z czasów prehistorycznych i występuje w różnych wersjach w najdawniejszej literaturze Tybetu. Prawdopodobnie pochodzi jeszcze z czasów przedbuddyjskich, a po tym, jak buddyzm stał się oficjalną religią Tybetu w połowie siódmego wieku, został opowiedziany na nowo, zgodnie z buddyjską mitologią. Rdzenne religie Tybetu nazywały bowiem pradawną duchową istotę, będącą przodkiem pierwszych mieszkańców Tybetu, inaczej niż czynił to buddyzm.
Jak zobaczymy w następnych rozdziałach, boska małpa stała się później protoplastą linii Dalajlamów.
Ten tybetański mit, w którym pochodzenie ludzi wywodzi się od naczelnych wyprzedza więc o kilka stuleci Darwina i jego dzieło O pochodzeniu gatunków. Fakt, że przetrwał on pojawienie się buddyzmu w Tybecie, jest najlepszym świadectwem jego popularności; w buddyzmie indyjskim twierdzi się bowiem, że ludzie wywodzą się wprost od bogów (lub może istot pozaziemskich). Ciekawe, że choć Tybetańczycy przyjęli tak wiele elementów buddyjskiej doktryny z Indii, to jednak pozostali przy własnej (i poprawniejszej z antropologicznego punktu widzenia) legendzie, łączącej ludzi z naczelnymi.
Od chwili zaślubin małpy i śnieżnej istoty do pojawienia się Czternastego Dalajlamy minęło wiele czasu. Jaki związek łączy te postacie?
Odpowiedź na to pytanie znaleźć można w niepowtarzalnej mieszance buddyjskich postaw i tybetańskiej kultury, która powstawała w tym pokrytym śniegami kraju przez stulecia, dzielące czasy przodków tybetańskiego narodu od czasów jego obecnego religijnego i świeckiego przywódcy na wygnaniu.

* * * *
W 1939 roku, kiedy Zachód szykował się do kolejnej długiej wojny, większość przedstawicieli duchowej starszyzny Tybetu zgromadziła się w klasztorze Reteng, położonym na północny wschód od Lhasy. Wielka wojna wydawała się odległa o miliony kilometrów. Tybetańczycy mieli inne zmartwienie: musieli przewieźć czteroletniego chłopca z Amdo we wschodnim Tybecie do Lhasy, gdzie miał zostać intronizowany jako Czternasty Dalajlama, najwyższy duchowy i świecki przywódca kraju.
Po śmierci Wielkiego Trzynastego w 1933 roku stworzono specjalną komisję, której zadaniem było poszukiwanie jego nowego wcielenia. Podczas mumifikacji uważnie obserwowano ciało, poszukując wszelkich oznak wskazujących na kierunek, w którym należy prowadzić poszukiwania. Analizowano zmiany pogody i zjawiska naturalne, szukając wróżebnych znaków. Państwowej wyroczni polecono przywołać ducha Pehar, mistycznego strażnika Tybetu, aby zasięgnąć jego rady. Notowano sny najważniejszych członków mistycznej społeczności i analizowano słowa wypowiedziane przez Wielkiego Trzynastego w ostatnich latach życia, doszukując się w nich ukrytych znaczeń. Regent, wyznaczony po śmierci Trzynastego Dalajlamy, wyruszył w podróż do Lhamo Laco, Jeziora Wyroczni, by w jego wodach odnaleźć wskazówki, gdzie szukać kolejnej inkarnacji.
Stopniowo poszukiwania zawężono do okolic klasztoru Kumbum w Amdo, setki mil na wschód od Lhasy, skupiając się na chłopcu urodzonym w skromnym chłopskim domostwie, położonym tuż za granicami Tybetu, w tybetańskiej społeczności na terenie Chin. Wygląd okolicy, domu i dziecka odpowiadał opisowi, który podała wyrocznia i jasnowidze, a także wizjom, których doświadczył regent nad świętym jeziorem. Co więcej, kiedy grupa poszukiwawcza po raz pierwszy pojawiła się w domu chłopca, natychmiast rozpoznał on jednego z jej członków jako ucznia Wielkiego Trzynastego, a kiedy pokazano mu kilka przedmiotów liturgicznych, bez wahania wybrał te, które należały do zmarłego Dalajlamy. Choć w chwili, gdy go odnaleziono, chłopiec dopiero zaczynał mówić, poprzez te i inne zachowania przekonał władze, że jest prawdziwą inkarnacją Trzynastego Dalajlamy, a więc również wcieleniem wszystkich poprzednich, począwszy od Pierwszego.
Jednak nawet Pierwszy Dalajlama nie był w istocie pierwszym. Tradycja tybetańska opisuje ponad sześćdziesiąt wcześniejszych żywotów chłopca, który w tej chwili czeka na przewiezienie do swojej siedziby w pałacu Potala w Lhasie. Historia tych żywotów, ich celu oraz roli, jaką odegrały w tybetańskiej historii, jest głęboko zakorzeniona zarówno w buddyjskich wierzeniach, jak i w kulturze i tradycji Tybetu.

Piękna kołysanka Wojtka Bellona



Kołysanka dla Joanny I

Zanim mi sen na oczy spłynie
Moje myśli szybują przez lufcik
Żeby Cię ujrzeć w ową chwilę
Gdy włosy czeszesz przed lustrem
A kiedy zaśniesz w ciepłej pościeli
Zmęczona długim przelotem
Jak ptaki w skrzydła głowy wtulają
Patrząc na sen Twój spokojny
Niech Ci się przyśnią pory roku
Niech grają we śnie Twoim i tańczą
Jesień prężąca liście do lotu
Lato w upale słonecznym
A jeśli zima to w śniegu cała
Wiosna w miłków wiosennych łąkach

Śpij moje myśli nad Tobą czuwają
Na parapecie za oknem

Ksiązka warta spokojnego czytania.


Georges Bataille

Historia erotyzmu

Przekład: Ireneusz Kania

Wydawnictwo Aletheia

Georges Bataille (1897-1962), francuski pisarz i filozof, uchodził za "metafizyka zła", który fascynował się śmiercią, cierpieniem i ofiarami z ludzi, ale mimo neurotyczno-erotycznego nimbu Afirmatora Transgresji przez większość życia był bibliotekarzem. Również Historia erotyzmu (należąca do ineditów z lat 1950-1951) nie jest dziełem skandalizującym, lecz esejem o "ekonomii ogólnej" w specyficznym, szerokim sensie tego pojęcia nadanym mu przez Bataille'a. Jego zdaniem erotyzm to jeden z aspektów życia wewnętrznego, nie mniej duchowy niż życie religijne. "Dialektyka" erotyzmu polega na tym, że jest on funkcją ludzką, jeśli seksualność ograniczają zakazy. Bez nich, bez takiego "oporu" pozostaje zwykłą, "swobodną" seksualnością zwierzęcą. Na historię erotyzmu składają się próby "transgresji", przekraczania ustanawianych zakazów. Książka Bataille'a jest w zasadzie właśnie esejem historycznym, choć także "fenomenologią erotyczną". Wydaliny, czystość, nagość, przedmiot pożądania, małżeństwo znajdują tu pełne pasji i świeżości analizy. Trzeba bowiem mimo wszystko pamiętać, że bibliotekarz po pracy zwykł był odwiedzać paryskie zamtuzy.

środa, 16 lipca 2008

Zdjęcia zrobione przez Ukochanego i mój wiersz.




Spotkanie z wróblem

Wiedziona tęsknotą za słońcem
piłam spokojnie herbatę
gdy dosiadł się do mnie wróbel
taki z rodzaju tych
co wiarą płoną.

Nigdy nie wiedziałam
jak powinno być
ciszej czy głośniej
rozważniej czy czulej
bliżej a może z rezerwą
zawieszoną w kącikach ust.

Miałam do niego przemówić
do tego wróbla
ale usta
jak skrzydła w locie
rozpostarły się niemo
czując powiew świeżego powietrza.

Uśmiech coś zaśpiewał
a wróbel skrył sie w błękicie
popołudniowego nieba.

Kocie wizyty nadal trwaja...


Ukochany bardzo polubił fotografować koty,które nas odwiedzają. A to efekty kolejnej sesji.


Kropla poezji


Robinson Jeffers Napis na kamieniu nagrobnym

Nie umarłem, stałem się tylko
Nieludzki: zrzuciłem
Żałosne moje słabości i pychę,
Nie jak w sypialni
Ubranie ktoś z siebie zrzuca, ale jak atleta
Obnaża się przed biegiem.
Delikatny kłębek nerwów, do mierzenia
Przyjętej konwencji
Dobra i zła, kurczący się z bólu
Lub drżący od radości,
Zestrojony i skrupulatny jak elektroskop,
Nie służy mi więcej, to pewne.
(Nie, dym go nie żałował; jeśli będzie potrzebny światu,
Jakże łatwo da się zastąpić!)
Lecz wszystko pozostałe uniosło się, wyzwoliło i zogromniało.
Kiedy byłem ludzki,
Podziwiałem piękno, ale teraz jestem jego częścią.
Krążę w powietrzu,
Głównie jako para i woda, i płynę oceanem;
Sięgam po wasze miasta i Azję
W jednej chwili; kładę dłoń na wschodach słońca
I połysku tej trawy.
Zostawiłem ziemi lekki osad popiołu
W dowód miłości.