środa, 18 czerwca 2008

O książce,którą czytaliśmy wspólnie z Ukochanym.



W książce Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii? Powieść Myśliwskiego to swoista medytacja nad rolą przeznaczenia i przypadku w ludzkim życiu. Piękna, mądra książka, do której chce się powracać.

Traktat o łuskaniu fasoli wzbudził szerokie zainteresowanie jeszcze przez premierą. "Wiesław Myśliwski jest zaprzeczeniem gwiazdora - nie udziela się w telewizji i nie zabawia tłumów. Po prostu myśli i tworzy piękne powieści" - pisał Dariusz Nowacki w "Newsweeku" z 30 kwietnia 2006.

Natomiast Zdzisław Pietrasik z "Polityki" nie zawahał się zapytać autora o intrygujący tytuł powieści: "To łuskanie fasoli dręczyło mnie chyba ze 30 lat. Jak pan wie, to był taki rodzaj sąsiedzkich posiadów, kiedy równocześnie z łuskaniem fasoli prowadziło się rozmowy na wszystkie możliwe tematy. Te rozmowy dotyczyły i zdarzeń bieżących, i dawnych, snów, duchów, tego i tamtego świata, Boga, pojedynczych i zbiorowych doświadczeń, mędrkowało się, filozofowało, słowem nie było granic, słowa prowadziły ludzi w przeróżnych kierunkach. Uczestniczyły w tym i kobiety, i mężczyźni, starzy, młodzi, także dzieci. Czasem sobie myślę, czy nie dlatego sadzono tyle fasoli, bo o ile pamiętam, tak dużo się jej nie jadło. I kiedy przypominałem sobie ten zwyczaj z dzieciństwa, zacząłem się zastanawiać, jak przełożyć ową mowną strukturę zwyczaju na strukturę pisania książki" - mówił Wiesław Myśliwski w rozmowie z dziennikarzem tygodnika ("Polityka" nr 17/18, 29 kwietnia-6 maja 2006).


Fragment:
"Namawiałbym pana. Nie chce dużo. Jak za taki domek, to prawie pół ceny. Co by pan tu robił? No, a co ja robię? Jeszcze jakby pan przyjeżdżał raz czy dwa razy do roku, i to po sezonie. Mógłbym nawet więcej sadzić fasoli. A nie chciałoby nam się łuskać, moglibyśmy pójść na spacer do lasu. Moglibyśmy posłuchać muzyki, przywiozłem sporo płyt. Nie, w szachy nie gram. A chciałby pan zagrać? Jakoś się nie nauczyłem. Nie miałem cierpliwości do szachów. Za granicą grywałem czasem w brydża, tylko że do brydża trzeba by czterech. Na budowach, kiedy pracowałem, jeśli nie piło się wódki, zdarzało się, ale to rzadko, że grywaliśmy w karty. W tysiąca, w durnia, w sześćdziesiąt sześć, także w oczko czy w pokera.

A wcześniej w szkole w pudełka zapałek. Nigdy nie grał pan? Nawet pan nie słyszał o takiej grze? Prosta gra. Kładzie się pudełko zapałek, musi być tylko pełne, na brzegu stołu, na płask i żeby nie całą połową poza brzeg wystawało, bo spadnie. I podbija się, o, tym wskazującym palcem. W zależności jak upadnie na stół, tyle punktów się otrzymuje. Na sztorc, czyli na najkrótszy bok, gdzie zapałki się wyjmuje, najwięcej. Myśmy się umawiali na dziesięć punktów. Ale można się inaczej umówić. Na draskę jedną czy drugą stroną, wie pan, co to draska? Gdzie się zapałki pociera, pięć. Na płask, zero.

O, to nie była taka niewinna gra, jak pan myśli. Nie ma gier niewinnych. Wszystko zależy nie w co się gra, lecz o co. Niewinnie graliśmy, kiedy przychodził wychowawca. Wtedy i punktów nie zapisywaliśmy. Zbierał pudełka od zapałek i prawie każdego wieczora przychodził, czyśmy wypalili już zapałki z wczorajszego pudełka. Potem panu powiem, po co zbierał. Siedział nieraz i siedział. Tak że bywało, musieliśmy udawać, że niby do spania się szykujemy, inaczej by nie wyszedł. Ten odpinał guziki u koszuli, ten rozsznurowywał buty, ten rozścielał łóżko. A gdy wreszcie wyszedł, przekonany pewnie, że zaraz będziemy w łóżkach leżeć, sprawdziło się jeszcze na korytarzu, czy i z baraku wyszedł, wtedy dopiero zaczynaliśmy naprawdę grać.

Nie na pieniądze. Nie mieliśmy pieniędzy. Czasami mieli ci, co potrafili portfele z kieszeni wyciągać. Nie na papierosy. Paliliśmy wiśniowe liście, koniczynę, inne świństwa. Była to gra o to, żeby nie znaleźć się na końcu. Dziwi się pan, że tylko o to. To powiem panu, aż o to. Kto przegrywał, a niezależnie ilu nas grało, przegrywał tylko jeden, który zdobył najmniej punktów. I on stawał się wszystkich grających ofiarą. Mogliśmy z nim robić, co nam się podobało, i on musiał robić, cośmy mu kazali. Czyli gra szła nie o to, żeby wygrać, jak we wszystkich innych grach i co stanowi każdej gry zasadę. Gra szła o to, żeby, jak już powiedziałem, nie znaleźć się na końcu."

Wiesław Myśliwski
TRAKTAT O ŁUSKANIU FASOLI
SIW "Znak", Kraków 2006

Gorąco polecamy tę książkę, która na nas obojgu zrobiła niesamowite wrażenie. Czas jej czytania był czasem pięknym, ubogacającym i ważnym w naszym byciu tutaj.

Brak komentarzy: